Kim jest Matka Poliglotka?

Ci z Was, którzy już znają mój blog, na pewno zauważyli, że LinguAnka zmieniła się w Matkę Poliglotkę. Dlaczego?

Dlatego, że Anka – czyli ja – została oficjalnie mamą. Oficjalnie, ponieważ synek jest już poza moim przyciasnym dla niego brzuchem 😉
Wraz z Małym pojawiła się potrzeba zmian w zakresie organizacji czasu – czyt. ogarnięcia rzeczywistości w taki sposób, żeby zajmować się dzieckiem, a oprócz tego nie przestać uczyć się języków i rozwijać.

I tutaj na scenę wchodzi Matka Poliglotka. Dziś nie będę się kłaniać, bo jeszcze trochę kręci mi się w głowie, ale powiem Wam kilka słów na temat nowej odsłony LinguAnka.pl, zanim usłyszę odgłos wypadającego smoczka.

Jesteśmy polsko-włoską rodziną, a co za tym idzie, Mały słyszał dwa (a czasem trzy, jeśli liczyć też angielski) języki jeszcze w czasie, gdy fikał nóżkami na terenie matczynego brzucha. Spodziewajcie się zatem kwiatków na temat dwujęzycznego wychowania. Na pewno uraczę Was też ciekawostkami kulturowymi i kulinarnymi (Jedzenie! Będzie jedzenie!) związanymi z ojczyzną mojego męża.

Co do nauki języków, postaram się dalej inspirować Was do samodzielnej nauki, a dla mnie samej pisanie bloga będzie po części sposobem na utrzymanie systematyczności – która, przyznaję się bez bicia, poległa w czasie ciąży, ale o tym innym razem. Pokażę Wam moje materiały, źródła, z których korzystam, wspólnie odwiedzimy miejsca w Krakowie, w których dobrze mi się uczy i będziemy testować różne sposoby na pogodzenie opieki nad maluchem z samorozwojem.

LinguAnka była czysto językowa, natomiast jako Matka Poliglotka chcę pokazać Wam również moje kobiece oblicze, dlatego oprócz kwestii językowych pojawi się szeroko pojęty lifestyle. Żona i matka to w końcu przede wszystkim kobieta, prawda? Jeśli ktoś się z tym nie zgadza, może przestać czytać w tym miejscu, o tu — a pozostałych zapraszam do przeczytania w przyszłości postów związanych z moimi zainteresowaniami (poza nauką języków, rzecz jasna) i tym, co lubię.

W dalszym ciągu zamierzam pisać tutaj dla każdego, kto ma ochotę czytać. Dzieciaci, niedzieciaci, prawie-dzieciaci, zapraszam Was wszystkich: poczęstujcie się tym, co możecie tu znaleźć dla siebie – i, mam nadzieję, zostańcie na dłużej.

Zdałam sobie sprawę z motywacyjnej potęgi Instagramu jeszcze jako LinguAnka – kadry z mojej wielojęzycznej codzienności od tej chwili możecie znaleźć TU 🙂

Podziel się!

Kobieca strona nauki języków

Z okazji Dnia Kobiet dzisiaj parę słów na temat kobiecej strony nauki języków obcych.

POLIGLOTKI SĄ WŚRÓD NAS

Czytając artykuły na temat poliglotów czy wielojęzyczności można zauważyć, że znakomita większość przedstawianych tam postaci to mężczyźni. Tymczasem kobiety, zarówno w przeszłości jak i obecnie, stanowią dość liczną grupę poliglotów – a nawet hiperpoliglotów! Kató Lomb, Elżbieta I, Audrey Hepburn, Shakira czy Natalie Portman to tylko niektóre z nich. Mogę się założyć, że każdy z nas ma w otoczeniu kobietę, która porozumiewa się w kilku językach.

KWIATKI, BRATKI I STOKROTKI

Nie chcę wchodzić na teren stereotypów – ale nie ulega wątpliwości, że jeśli ktoś prowadzi kolorowe, usystematyzowane, a nieraz ozdabiane notatki, raczej będzie to kobieta 😉 Jeśli czyta to facet, który używa taśmy washi, proszę o sygnał!
Ręka do góry, która z Was całymi dniami szukała idealnego notesu do nauki języków. A teraz ręka do góry, która z Was go znalazła 😉 O tonie kolorowych długopisów nie wspomnę.

MÓW DO MNIE JESZCZE

Jeśli nie próbowałyście, drogie Panie, ćwiczyć rozumienia ze słuchu z pomocą nagrań osób o głosach, które Wam się podobają, zachęcam, byście spróbowały. To oczywiste, że bardziej skupiamy się na treściach przekazywanych w sposób, który odpowiada naszym uszom. Jeśli jesteś fanką, dajmy na to, Alana Rickmana, a chcesz podszlifować swój angielski, znajdź wywiad z jego udziałem i po prostu posłuchaj. Skup się przy tym! Notuj ciekawe wyrażenia i konstrukcje!

MUMMY, CAN I HAVE A CIASTECZKO?

Mówi się, że dziecko szybciej przyswaja język, którym matka posługiwała się w czasie ciąży. Mamy dwujęzycznych dzieci, jesteście tutaj? Możecie to potwierdzić? 🙂
Jeżeli nie, tak czy tak będąc mamami, kiedyś zetkniemy się z językami obcymi. Będzie to prawdopodobnie moment, gdy nasze dzieci pójdą do szkoły i same zaczną się uczyć. Albo wcześniej, jeżeli zdecydujemy się posłać je na zajęcia prowadzone w języku obcym. To idealny moment, by odświeżyć sobie co nieco, albo nawet zacząć uczyć się nowego języka równolegle z dzieckiem. Z dwujęzycznym malcem tym bardziej – słyszałam wiele historii kobiet, które znają język swojego partnera i wciąż się go uczą, a mały człowieczek chodzi za nimi i je poprawia 😉

SZUKAM NOWEJ SZMINKI

Zdarza się, że szukasz recenzji jakiegoś kosmetyku? Zajrzyj na YouTube i znajdź ją w języku, którego się uczysz! Dwa w jednym 😉 Możesz też poczytać artykuły na blogach lub dołączyć do tematycznej grupy na Facebooku. To oczywiście tyczy się wszystkich zainteresowań, nie tylko makijażu 🙂


Jakie jeszcze kobiece aspekty nauki języków dostrzegasz? 🙂

Dołącz do mojej grupy FB wspierającej samodzielną naukę języków!

 

Podziel się!

Co języki obce mają wspólnego z miłością?

Po dłuższej przerwie przychodzę do Ciebie z artykułem o miłości. Bo dziś przecież Walentynki. Co wspólnego mają z miłością języki obce?


1. To moja pasja. Zatem w myśl „Rób to, co kochasz”, uczę się i ćwiczę, bo kocham języki obce. Tak po prostu.

2. Walentynki, jakkolwiek możesz postrzegać to święto, to nie tylko dzień zakochanych. To również dzień wszystkich, którzy są dla nas ważni. Tak się składa, że ucząc się języków, poznajemy nowych ludzi, a niektórzy z nich zostają z nami na dłużej. Albo na całe życie, jak mój Mąż 😉
Pamiętasz scenę oświadczyn z filmu „To właśnie miłość?” 🙂

3. Znajomość języków obcych przydaje się w relacjach z tymi osobami, z którymi dotychczas porozumiewaliśmy się przy pomocy języka innego niż ich ojczysty. Pogadaj z kimś chwilę w jego języku, a zobaczysz, jak zostaniesz odebrany. Na pewno z mniejszym dystansem niż podczas rozmowy w języku neutralnym dla obu stron.

4. Dla osób w związkach mieszanych kulturowo znajomość języka drugiej połowy to bardzo często jedyna możliwość porozumiewania się z jego/jej rodziną – szczególnie ze starszymi osobami lub małymi dziećmi, które niekoniecznie znają tak popularny dziś angielski 🙂

5. Nieraz zdarza się, że chcesz wyrazić emocje i… brakuje na nie słowa po polsku. Inny język może przyjść Ci z pomocą 😉

6. Wyrażenie uczuć w języku Twojej drugiej połówki to świetna sprawa. Inaczej też działa rozmowa o odczuciach drugiej strony – obojętnie, na jaki temat, i obojętnie, kim jest dla Ciebie rozmówca, szczególnie jeśli są to uczucia negatywne, lepiej rozmawiać o nich w jego/jej języku. Łatwiej wesprzeć tę osobę na duchu lub zakomunikować swoje racje.

7. Poznawanie nowej kultury wraz ze wszystkimi jej odcieniami smakuje inaczej, gdy zna się dany język. Nie bez powodu reklamy często zaczynają się od „Zakochaj się w…” (Paryżu, Mediolanie, etc.), a w tle słychać gwar rozmów 😉

8. Mówisz „Kocham czytać!” – dlaczego by nie czytać w języku obcym? Czytanie literatury w oryginale zapewnia zupełnie inny odbiór niż najlepsze nawet tłumaczenie.

Dodałbyś coś jeszcze do tej listy?

Zapraszam Cię do mojej grupy na Facebooku – miejsca dla osób, które uczą się samodzielnie lub dopiero mają zamiar zacząć 🙂

Podziel się!

Językowe (anty)postanowienia noworoczne

Co roku o tej samej porze (czyli mniej więcej pod koniec grudnia) słyszę od znajomych i czytam w Internecie, że ktoś ujął naukę języka obcego w swoich celach i postanowieniach noworocznych. Po czym słyszę: „Mam nadzieję, że w tym roku mi się uda”, „Nie wiem, jak się do tego zabrać, żeby tym razem się udało”, „Ech, ten mój angielski/niemiecki/etc.”
Dziś przedstawiam Ci listę antypostanowień, napisaną z przymrużeniem oka. Zabierz się za realizację swoich językowych celów w ten sposób, a gwarantuję Ci, że za rok będziesz jojczeć jeszcze bardziej niż teraz.

  1. Założę 15 zeszytów do nauki.
    Oddzielny do słówek, do gramatyki, do słuchania, do pisania, do użytecznych zwrotów, do inspirujących cytatów. Z trzech języków. I tak nie będę ich wszędzie i zawsze ze sobą nosić. Czasem zabiorę. Ale dobrze mieć wszystko rozpisane osobno, jest bardziej przejrzyście.
    Załóż jeden notes, ale grubszy. Podziel go na sekcje. Używaj kolorów, zakładek, karteczek indeksujących. Będzie Ci łatwiej.
  2. Nie zrobię podsumowania poprzedniego roku.
    Po co? Przecież mi się nie udało. Ale że niby jakie wnioski mam wyciągnąć? 
    Z jakich źródeł korzystać, jak rozplanować naukę, o jakich porach się uczyć…
  3. Tym razem porządnie zaplanuję dużo nauki.
    Cztery języki dziennie! Każdy po minimum godzinie! Bez przerw!
    Porządnie nie znaczy od razu dużo. Tym bardziej, jeśli wcześniej nie uczyłeś się samodzielnie lub miałeś problem z systematyczną nauką jednego języka. Nie porywaj się z motyką na słońce, chyba, że masz nóż na gardle i naprawdę musisz.
  4. Kupię kilkanaście nowych podręczników.
    W końcu nowy rok – nowy ja! Taki świeży start!
    A przerobiłeś już wszystkie podręczniki, które masz w domu? Tak, te, które od roku lub dwóch zbierają kurz.
    Zacznij właśnie od nich. A potem kup sobie nowe. W nagrodę 😉 
  5. Nie zaplanuję weryfikacji postępów w trakcie i pod koniec roku.
    No udało się, bo znam trochę nowych słówek, coś tam więcej rozumiem. Tak mniej więcej. Nie chce mi się robić testu poziomującego. Absolutnie jest za wcześnie na rozmowę z nativem! Chyba spaliłbym się ze wstydu! Jeszcze by wyszło, że jednak się nie udało…
    Skąd będziesz wiedzieć, od czego zacząć i nad czym pracować w kolejnym roku?
  6. Zapiszę się na kurs angielskiego, hiszpańskiego, duńskiego i francuskiego.
    Jak pójdę do szkoły językowej, będę mieć motywację. A poza tym jest promocja.
    Jeśli chcesz, zapisz się najpierw na jeden kurs i zobacz czy faktycznie będzie Cię to motywować do pracy. 
  7. Będę śledzić wszystkie możliwe strony i słuchać podcastów na temat nauki języków.
    YouTubie, nadchodzę! Tyyyle inspiracji!
    Pamiętaj, by wygospodarować też czas na faktyczną naukę 😉
  8. Będę wykorzystywać każdą chwilę na naukę.
    Nawet w pracy pod biurkiem. Normalnie na non-stopie! 
    Odpoczynek też jest ważny. Inaczej się zamęczysz, szczególnie na początku. Nawet ludzie z doświadczeniem w samodzielnej nauce odpoczywają, choć mogłoby się wydawać, że uczą się cały czas – a może inaczej, oni naprawdę wiedzą, że mózgowi też należy się chwila wytchnienia. Nie jesteśmy robotami. A w pracy się pracuje 😉
  9. Założę sobie, że w danym momencie się uczę, a potem wsiąknę na fejsie albo jednak wyjdę z koleżankami.
    Przecież nic się nie stanie, jak raz sobie odpuszczę…
    Pod warunkiem, że to będzie raz. Ewentualnie dwa. Pamiętaj, że z trzech szybko zrobi się dziesięć. Systematyczność to podstawa, tym bardziej, jeśli jesteś w danej dziedzinie początkujący lub masz z czymś problem.

Życzę Ci, żeby udało Ci się zrealizować Twoje językowe postanowienia na 2018. Nie czekaj na 2019 😉 – jeśli chcesz, podziel się ze mną w komentarzu tym, co sobie zaplanowałeś 🙂

Zapraszam Cię też do grupy FB Języki obce z LinguAnką – stworzyłam ją jako miejsce wymiany myśli i porad dla osób samodzielnie uczących się języków oraz dla tych, którzy dopiero chcą zacząć 🙂 Niedługo planuję wyzwanie językowe – już teraz zachęcam Cię do wzięcia w nim udziału 🙂

Podziel się!

Czy masz czas na szacunek?

Dzisiejszy wpis nie jest ściśle związany z językami obcymi. Powstał pod wpływem impulsu – impuls dała mi grupa Panie Swojego Czasu, a dokładniej wpis informujący o planowanym webinarze. O co chodzi?

Ano o to, że okazuje się, że mimo czytelnie podawanych informacji ludzie bardzo często dosłownie linijkę niżej zadają pytania o to, co jest napisane czarno na białym. Co, szczerze mówiąc, doprowadza mnie do szewskiej pasji/białej gorączki/furii/*niepotrzebne skreślić. NO DOBRA, ALE JAKI ZWIĄZEK MA SZACUNEK Z CZASEM?

Jak się okazuje, bardzo mocny. I lekceważony przez wiele osób w codziennym życiu.

Możesz sobie mieć kalendarz, aplikację, planner (albo 4 – tak jak ja), zakreślać, rysować szlaczki, odhaczać zadania – ale w temacie zarządzania sobą w czasie nie świadczy o Tobie tylko to, jak wykorzystujesz własny czas, ale czy szanujesz czas innych.

  1. Umawiasz się ze mną na konkretną godzinę. Jeśli się spóźnisz bez uprzedzenia, już wiem, że nie szanujesz mojego czasu. Każesz na siebie czekać. Nieładnie. „Musiałaś jeszcze coś zrobić”? Jasne, rozumiem. Ale daj mi znać. Pamiętam, jak raz stałam przez prawie pół godziny w -14 stopniach, czekając na koleżankę. Pech chciał, że nie bardzo było gdzie wejść, żeby się ogrzać. Wybiegła z tramwaju z szerokim uśmiechem na twarzy „Och, tyle mam dziś do zrobienia!”, na co ja odparłam „Zmarzłam”. Zamiast „Nie podchodź do mnie, kreaturo, bo uduszę”.
  2. „Jutro ci to wyślę, przed 15:00” – Mija 15:00, mija 17:00, co chwilę „tak, za chwilę”, w końcu oczekiwana wiadomość/plik przychodzi o 23:00. A jeszcze muszę nad tym popracować. Kto idzie spać? Ja czy Ty? Ty! A ja tracę czas.
  3. Podaję informację o jakimś terminie. Na przykład o terminie spotkania. Na sali zawsze, ale to ZAWSZE, znajdą się przynajmniej trzy osoby, które będą dopytywać „Ale kiedy? Kiedy? Szesnastego?”. Szczytem wszystkiego jest sytuacja, gdy zapiszę tę durną datę wielkimi literami, a ludzie nadal pytają. Mam powtarzać po 10 razy? Tracę czas!
  4. Prośba prośbie nierówna. Jeśli prosisz mnie o przysługę, to wychodzę z założenia, że sam/a nie dasz rady lub nie potrafisz czegoś zrobić albo załatwić. A że jestem z tych, które potrafią załatwić na cito nawet czołg, potraficie sobie wyobrazić ciąg dalszy tego punktu. Z tego miejsca apeluję do wszystkich tych z Was, którzy bez przerwy zgadzają się, by załatwiać lub zrobić coś za kogoś, a potem dowiadują się, że ten ktoś wyjechał na weekend, był w kinie albo opierniczał się cały dzień. Dajcie sobie spokój. Nie bądźcie Kopciuszkami. Nie traćcie czasu.
  5. Ostatni punkt na dziś to przerywanie w połowie zdania. Dlaczego? Bo jak mi przerwiesz, to często jest tak, że tracę wątek, i muszę zaczynać od początku. I co? I tracę czas!

Szacunek do drugiej osoby to też szacunek do jej czasu. A szacunek do siebie to szacunek do własnego czasu. Brzmi błaho? Niewiarygodne? To pomyśl, ile czasu zdarzało Ci się tracić w przeszłości w sytuacjach takich jak te powyżej. I puknij się w czoło. Tak, Ty! To, jak traktują Cię ludzie jest spowodowane w większości tym, jak pozwalasz się traktować.

Szanuj swój czas, to będziesz mieć czym zarządzać. I nie będziesz narzekać, że Ci go brakuje 😉

Tak, dobrze przeczytaliście, mam cztery plannery. Uwielbiam planować, i jestem jedną z tych osób, które mają więcej naklejek do plannera niż wszystkich ciuchów razem wziętych. Niedawno zaczęłam prowadzić grupę na FB o kreatywnym planowaniu 🙂

A tych z Was, którzy chcą samodzielnie uczyć się języków, zapraszam TU.
Instagram: LinguAnka , Planner Fever
Podziel się!

7 kwestii, które rozumieją osoby lubiące uczyć się samodzielnie

Bez względu na to czy dopiero zaczynasz przygodę z samodzielną nauką czy masz już jakieś doświadczenie, na pewno udało Ci się zauważyć, że pewne związane z nią kwestie są świetnie rozumiane przez samouków. Dziś kilka słów o tym – potraktuj ten artykuł z przymrużeniem oka 🙂

  • NIE MAM CZASU, BO SIĘ UCZĘ
    Koleżanki proponują wspólne wyjście, żeby „pochodzić po mieście i popatrzeć na ludzi”? Koledzy wyciągają Cię na piwo? A Ty mówisz „Dzięki, ale innym razem. Dziś będę się uczyć”. Reakcja: „Że co? Wolisz się uczyć?”
  • ZNOWU?!
    Rozmowa przez telefon:
    – Hej, co robisz?
    – Cześć, uczę się. Co słychać?
    – Ooojeeesu, znowu? Ty się ciągle uczysz!
  • FOLLOW ME… TO THE BOOKSTORE
    „Skoczymy na chwilę do księgarni? Może jest już ta książka, którą chciałam kupić!”
    „Wiem, że byłam wczoraj, ale dziś może już przyszła”
    „Tylko na chwilę, obiecuję!”
    „ZOBACZ, MAJĄ KOLEJNY POZIOM!”
    „Przydałby mi się taki zestaw testów! No widzę, że to dopiero od B2, poczeka”
  • PEWNEGO RAZU W PAPIERNICZYM
    „Potrzebuję nowego zeszytu, stary skończy mi się za 32 i pół strony”
    „Ale ten jest lepszy, bo ma kropki!”
    „Słyszałam, że te długopisy nie brudzą. Przyda mi się, bo robię dużo notatek, a jestem leworęczna”*
    „Wczoraj za trzecim razem kasjerka dziwnie na mnie patrzyła”
    „Ojeju zobacz, notes z … na okładce! No idealny!” – w miejsce wielokropka wstawić cokolwiek, co lubicie – od flag, przez cukierki, aż po słodkie szczeniaczki albo sportowe auta
    „Po co ci kalendarz do planowania nauki?”
  • „AUTOBUS CZERWONY PRZEZ ULICE…”
    „O żesz, miałem wysiąść dwa przystanki temu!”
    „Chwieje mi się obraz, uuu niedobrze, ale muszę to doczytać!”
    „Jak mi się uda usiąść, to się pouczę”
    „Cicho, bo nie słyszę, co mówią ci obcokrajowcy”
  • PAN TU NIE STAŁ, CZYLI KOLEJKI
    – Wczoraj stałam dwadzieścia minut w kolejce na poczcie, myślałam, że się zanudzę!
    – Ja tyle samo w aptece, był problem z terminalem. Przerobiłam 300 powtórek w AnkiDroid.
    – Co?
  • WYRECYTUJ NAM WIERSZYK
    „No to powiedz coś po włosku”
    „Nooo proszę! Mówisz, że się uczysz, a jak pytam, to musisz się zastanowić”
    Umiem też śpiewać i aportować, który pokaz życzysz sobie jako pierwszy?Przydarzyła Ci się kiedyś któraś z tych sytuacji? ;)*leworęczny = wiecznie upaprany długopisami, ponieważ tusz zazwyczaj nie zdąży wyschnąć i przesuwamy po nim ręką, pisząc dalej 😉

    Jeśli chcesz pogadać o samodzielnej nauce, dołącz do mojej grupy na Facebooku: http://facebook.com/groups/jezykiobcezlinguanka

    A jeśli przydarzył Ci się kiedyś ślinotok w papierniczym, bo tak kochasz planery i kalendarze – gdybyś miał/a ochotę porozmawiać o planowaniu i wszystkim, co z nim związane, zapraszam Cię tutaj:
    http://facebook.com/groups/plannerfeverkreatywneplanowanie 🙂

Podziel się!

Róbcie swoje, czyli 10 sytuacji, gdy nie warto słuchać krytyki

Dzisiaj artykuł o tym, dlaczego nie powinno się słuchać krytyki, samodzielnie ucząc się języków. Mam tutaj na myśli krytykę odnoszącą się do samego faktu podjęcia nauki lub wyboru języków – jeśli ktoś krytykuje Wasz dobór materiałów lub metody, a zna się na tym, warto posłuchać choć jednym uchem, a nuż się przyda.

1. „Ten język ci się nie przyda”
Załóżmy, że wybraliście sobie język, który jest niezbyt popularny w Waszym kraju czy środowisku. Zawsze znajdzie się krytykant, który powie Wam, że to się nie przyda, i w ogóle nie ma sensu uczyć się tego języka. Skąd ta osoba może o tym wiedzieć? Być może czekają na Was nowe możliwości związane z tym językiem? Albo uczycie się dla przyjemności?

2. „Ten język jest za trudny”

Na jakiej podstawie Wasz rozmówca ocenia poziom trudności wybranego przez Was języka? Na swoim przykładzie? Według tabel znalezionych w sieci? Bo „kuzynka cioci siostry szwagra” to uczyła się dwa lata i w ogóle jej nie szło! Osoba, która tak mówi, najprawdopodobniej nie ma zielonego pojęcia o Waszych możliwościach i ewentualnie o językach, którymi już się posługujecie, a których znajomość może ułatwić Wam naukę tego właśnie wybranego języka. Szkoda kuzynki, ale może Wam pójdzie lepiej.

3. „Ten język zna już wiele osób”

Nie dajcie sobie wmówić, że „tego języka to już wszyscy się uczą, więc nie ma sensu”, „weź się za coś mniej popularnego, ale wciąż z dużym zapotrzebowaniem”. Dlaczego? Być może znajdziecie niszę, w której możecie wykorzystać ten język? Albo już macie na horyzoncie coś, co wymaga znajomości akurat tego konkretnego języka?

4. „Zajmij się lepiej szkołą/studiami”

Dlaczego mielibyście rezygnować z nauki języka ze względu na to, że dalej się kształcicie? Oczywiście, jest to dodatkowe obciążenie dla umysłu, ale równocześnie jego znakomite ćwiczenie! Poza tym, byłoby zwykłą głupotą rezygnować z możliwości nauki w młodym wieku, gdy łatwo przyzwyczaić głowę do tego typu wysiłku. Jeśli ze szkołą/studiami można pogodzić pracę, zajęcia sportowe, kółka artystyczne etc, to samodzielną naukę języków też.

5. „Lepiej idź na kurs, bo będziesz robić błędy”

Że niby ludzie uczący się na kursach nie robią błędów?

6. „Ja to nie mam czasu na takie rzeczy!”

Tutaj, proszę Państwa, leci zawoalowany pocisk. Ktoś, to tak mówi, zakłada z góry, że ona/on jest megahipersuperzajętym człowiekiem, dla którego nauka języków to bzdurna fanaberia, na którą absolutnie nie ma czasu. Za jednym zamachem mówi Wam, że nie macie nic lepszego do roboty, i że jej/jego czas byłby zbyt cenny na takie zajęcie. NIGDY nie usłyszycie czegoś takiego od osoby naprawdę zajętej.

Nie masz czasu na takie rzeczy? A skąd masz czas na bicie kolejnych rekordów i wysyłanie mi zaproszeń do Candy Crush Saga?

7. „Zaczniesz, a potem zapomnisz”

Jak będę powtarzać i używać języka, to nie zapomnę. Nie Twój problem.

8. „Kolejny język? Po co? Przecież znasz już angielski”

Dla rozrywki. Bo jest taka potrzeba. Bo mnie to ciekawi. Bo lubię się uczyć. Bo chcę przeczytać książkę „X” w oryginale. Bo poznałam kogoś, dla kogo ten język jest językiem ojczystym, polubiliśmy się, i chcę się uczyć.

9. „Podobne języki? Pomiesza ci się!”

Jednym się miesza, innym się nie miesza. Jeszcze innym miesza się tylko trochę. Nie ma znaczenia. Chcecie, to się uczcie, a ewentualne „mieszanie” wyeliminujecie lub zmniejszycie z czasem. Sama posłuchałam takiej „rady” będąc w liceum – chciałam zacząć uczyć się włoskiego równolegle z obowiązkową na moim profilu łaciną. I dałam za wygraną, bo uwierzyłam Pani od Łaciny (swoją drogą, poza tą jedną kwestią była jedną z najlepszych nauczycielek, jakie spotkałam na swojej drodze, i do tej pory bardzo ciepło ją wspominam). Z perspektywy czasu widzę, że na pewno by mi się nie pomieszało. Szkoda tylko, że włoski czekał prawie 10 lat, zanim zaczęłam się go uczyć. Byłabym już od dawna na poziomie C2…

10. „Nie zaczynaj, bo potem przyjdzie praca i dom i nie będziesz mieć czasu”

To chyba mój ulubiony tekst. Praca przyszła do mnie szybko, bo jeszcze na studiach, własny dom przyszedł trochę później. Owszem, były długie przerwy w nauce, ale całkowite porzucenie języków nie ma sensu! Gdzie wola, znajdzie się i sposób. A może właśnie w domu znajdziecie sprzymierzeńców w nauce? Pouczycie się razem? Albo od siebie nawzajem?


Podsumowując, mam dla Was dwie rady:

  1. Nie dajcie sobie wmówić, że którykolwiek z tych powodów jest wystarczający, by porzucić samodzielną naukę lub wcale jej nie podejmować. To Wasza decyzja i na pewno nie będziecie jej żałować.
  2. Gdy ktoś Was krytykuje, zapytajcie wprost: „Na jakiej podstawie tak twierdzisz? Uczyłaś/uczyłeś się kiedyś sama/sam?”

    Od filologa ani osoby uczącej się samodzielnie na pewno nie usłyszycie podobnych bzdur. A ludzi, którzy nie mają doświadczenia w nauce, za to mają mnóstwo „mądrości” do przekazania, zwyczajnie nie warto słuchać. Jak mówi chińskie przysłowie: „Osoba, która twierdzi, że czegoś nie da się zrobić, nie powinna przeszkadzać osobie, która to robi”.

 

Na sam koniec dzisiejszego artykułu zapraszam Was do utworzonej przeze mnie grupy na Facebooku „Języki obce z LinguAnką” – jest to miejsce, które stworzyłam, by umożliwić Czytelnikom kontakt ze mną i między sobą. Będziemy tam rozmawiać o samodzielnej nauce i wzajemnie się wspierać:  https://www.facebook.com/groups/1728581680506918/

 

Podziel się!

Lubię, jak mi dobrze tłumaczą! Czyli tłumaczenie w nauce języka i recenzja podręczników Preston Publishing

Tłumaczenie w nauce języków jest wciąż bardzo niedoceniane. Metoda nauczania zwana „gramatyczno-tłumaczeniową” na tyle zalazła niektórym za skórę, że na samo hasło „tłumaczenie” zaczynają gryźć i pluć jadem na odległość. A szkoda, bo nie o takie tłumaczenie chodzi. Zanim przejdę do recenzji, muszę wspomnieć o tym, że świetnym sposobem na ćwiczenie języka jest tłumaczenie w myślach wszystkiego, co się da – od napisów na billboardach, przez fragmenty artykułów prasowych, aż po zasłyszane wypowiedzi innych ludzi. Za czasów studenckich zdarzało mi się tłumaczyć w myślach również wtedy, gdy trafiał się nudny fragment wykładu 😉 Tłumacząc w ten sposób, nabieramy płynności, i ciężko wtedy o zaskoczenie „nie wiem co powiedzieć” – albo przynajmniej łatwo z takiej sytuacji wybrnąć.

 

TŁUMACZENIE PISEMNE, KTÓRE NIE WIEJE NUDĄ?

Wyjaśnieniem tej kwestii, a zarazem światełkiem w ciemności prowadzącym do przyjemnej nauki za pomocą tłumaczenia są wspomniane już przeze mnie podręczniki z serii „W tłumaczeniach” wydane przez Preston Publishing.* Dlaczego?

 

WIECIE, CO MACIE ZROBIĆ

W każdym z tych podręczników znajdziemy (poza spisem treści) krótkie wprowadzenie do wymowy danego języka oraz instrukcję użycia 😉 i podpowiedzi dotyczące sposobu nauki. Wszystko jasno,  prosto i klarownie. Człowiek otwiera książkę i dwie minuty potem już wie, jak ma z nią pracować. I może od razu zabrać się do nauki.

 

WEŹ MI TO WYTŁUMACZ

Nie rozumiecie jakiegoś zagadnienia? Nie ma problemu! Szukacie go w spisie treści, uporządkowanym w bardzo logiczny sposób według stopnia trudności i kolejności uczenia się elementów gramatycznych proponowanej przez wydawnictwo, otwieracie na wskazanej stronie i bierzecie ołówek do ręki. Co dzieje się potem?

CUDA, PANIE, CUDA

W każdym rozdziale na lewej stronie są zdania po polsku wraz z miejscem na Wasze tłumaczenie na język docelowy. Na prawej stronie natomiast znajdują się te same zdania, tyle że przetłumaczone i opatrzone komentarzem lub wskazówkami gramatycznymi. Do podręcznika dołączona jest płyta z nagranymi wszystkimi zdaniami, gdybyście chcieli poćwiczyć wymowę, powtarzając za lektorem, albo poćwiczyć rozumienie ze słuchu.

 

NO I?

Działa, naprawdę działa. Sama jestem właścicielką 10 podręczników z tej serii, włączając w to włoski, hiszpański, niemiecki, rosyjski, francuski i angielski w biznesie. Podbiły moje serce poliglotki prostotą i skutecznością. Przy okazji nauki gramatyki znajdzie się też porcja nowych słówek do zapamiętania, a ze względu na kontekst dostarczany przez zdania jest to bardzo łatwe. Zdania o przydatnej tematyce, różnorakie wyrażenia i wskazówki sprawiają, że z tą serią gramatykę mamy podaną na tacy.

Jednym słowem polecam! I podręczniki, i tłumaczenie.

Korzystaliście kiedyś z takiej metody nauki? 🙂

*Artykuł nie jest sponsorowany przez wydawnictwo Preston Publishing, a zaprezentowane podręczniki zostały przeze mnie zakupione nakładem własnych środków.

Podziel się!

Nauka niemieckiego – moja (krótka) historia

Myślę, że każdy, kto uczy się języków obcych, ma w pamięci jeden, dwa, lub kilka języków, z którymi miał kiedyś do czynienia, ale później nastąpiła przerwa. Wśród moich języków jednym z takich właśnie jest niemiecki. Dziś krótko o nim.

SZKOŁA

Uczyłam się niemieckiego w szkole, w wieku 13-15 lat. Pierwszy rok był t r a g i c z n y, umieliśmy się tylko przedstawić i podać nazwy kilku państw. Może jeszcze parę innych słówek, ale to by było na tyle. Pozostałe dwa lata spędziliśmy na lekcjach niemieckiego prowadzonych przez bardzo kompetentną i przemiłą (nową) nauczycielkę – ten czas wspominam bardzo pozytywnie. Praktycznie samo wchodziło mi do głowy. Co stało się potem?
Potem przyszło liceum, gdzie w wybranym przeze mnie profilu klasy drugim obowiązkowym językiem obcym była łacina. Nie żałuję, że się jej uczyłam. To piękny język, i niesamowicie ułatwił mi dalszą (samodzielną) naukę języków. Niemiecki natomiast przepadł. Z braku czasu, i częściowo też z braku chęci, bo odkąd pamiętam, miałam z tym językiem…

LOVE-HATE RELATIONSHIP

Były miesiące, gdy myślałam „To taki ładny język, brzmi elegancko!”. Były też miesiące, i całe lata, pod hasłem „W życiu! Ble!” – i tak w kółko, wstyd się przyznać, ale jak ja się nie przyznam, to kto? Mimo łatwości w przyswajaniu języków, mimo pasji, którą mam. Cóż, bywa. Teraz się to zmieniło, i od kilku miesięcy myślałam intensywnie nad powrotem do nauki. W lipcu nadarzyła się ku temu idealna okazja.

A MOŻE NAD MORZE

Z tygodnia na tydzień zdecydowaliśmy się na wyjazd nad morze, żeby odwiedzić moją przyjaciółkę (która, nawiasem mówiąc, nie chce się uczyć niemieckiego, i krzyczy wniebogłosy, gdy tylko o nim słyszy, i którą z tego miejsca serdecznie pozdrawiam 😉 ). Chcieliśmy też wyskoczyć na chwilę do Niemiec, więc postanowiłam przypomnieć sobie podstawy, żeby móc się porozumieć. W rezultacie miałam na to osiem dni, i tak powstała rozpiska, którą w przypływie weny zatytułowałam „German STR8”.


W ROLACH GŁÓWNYCH

  • podręcznik „Niemiecki nie gryzie” wydawnictwa Edgard
  • podręcznik „Niemiecki w tłumaczeniach 1” wydawnictwa Preston Publishing
  • zeszyt A5 w linie

 

I CO Z TEGO WYSZŁO?

Niewiele pod względem realizacji rozpiski. Przemęczona po całym roku pracy – której miałam jeszcze więcej w ostatnich dwóch miesiącach przed wyjazdem – nie byłam w stanie skupić się tak, jak bym tego chciała. Postanowiłam więc się nie zmuszać, i powtórzyłam tyle, ile się dało – czyli pół podręcznika Edgard i kilka rozdziałów z Prestona.
Natomiast, co faktycznie wyszło, to przypomnienie sobie podstaw w błyskawicznym tempie, co pozwoliło mi na bezproblemowe porozumienie się z napotkanymi osobami. Oczywiście w podstawowych kwestiach, ale zawsze! Byłam i jestem z siebie dumna.

Nie dajcie sobie wmówić, że mały krok to mało. To bardzo dużo, bo pozwala przekonać się, że dacie sobie radę, i zweryfikować czy chcecie wykonać następny. A ja chcę, i wiem, że to nie koniec mojej przygody z niemieckim 🙂

Podziel się!

Zarządzanie czasem w nauce języków – od czego zacząć

Być może pojęcie „zarządzanie czasem” lub „zarządzanie sobą w czasie” obiło Wam się już kiedyś o uszy. Być może tak jak ja jesteście fanami planowania, plannerów, kalendarzy i wszelakich aplikacji, które mają za zadanie ułatwić ludziom tworzenie planów. A może dopiero zaczynacie. Obojętne! Na nauczenie się efektywnego wykorzystywania czasu w nauce języków nigdy nie jest za późno.


Rozplanowaliście już, w które dni uczycie się poszczególnych języków. Świetnie. Teraz pora zastanowić się, jak się uczyć. Podpowiadam: z głową. Czyli nie osiem godzin naraz, jeśli dopiero zaczynacie. I nie osiem godzin naraz w ogóle, bo taki sposób nauki jest zupełnie nieefektywny. Jeśli czytacie daną stronę trzeci raz i nie możecie się skupić, albo zaczynacie myśleć o przysłowiowych niebieskich migdałach, idziecie w złą stronę – pora zrobić sobie przerwę. Dobra, ale kiedy te przerwy?

Moją ulubioną techniką zarządzania czasem w nauce jest technika Pomodoro – albo, w moim przypadku, nieco zmodyfikowane Pomodoro. Ale po kolei.

Technika Pomodoro zakłada, że skupiamy się nad danym zajęciem przez 25 minut, a później robimy sobie 5-minutową przerwę. Po czterech blokach można zrobić dłuższą przerwę. Do mierzenia czasu można użyć minutnika albo specjalnej darmowej aplikacji – jest ich mnóstwo.

Zmodyfikowane Pomodoro to po prostu ustalenie dłuższych lub krótszych okresów pracy nad danym zadaniem. Dla mnie 25-minutowa sesja nauki jest za krótka. Wolę np. 45 minut, choć nie twierdzę, że mając do dyspozycji 25, nie uda mi się nic zrobić – po prostu przyjemniej mi się pracuje z dłuższymi blokami czasowymi.
Jak zorientować się, że długość bloku czasowego jest dla Was odpowiednia? To proste: jeśli zaczynacie myśleć o wszystkim, tylko nie o nauce, to znaczy, że jest on za długi. Jeżeli natomiast po danym okresie czasu czujecie, jakby ktoś na siłę wyrywał Was ze skupienia, sesję trzeba przedłużyć. Proste? Proste. Ufajcie swojemu organizmowi, on daje wyraźne sygnały. To, że Kasia uczy się dłużej, nie znaczy, że Wy też musicie. To, że Jacek uczy się pół dnia bez przerwy i jest z tego zadowolony, nie znaczy, że u Was też się to sprawdzi.


A CO, JEŚLI W CIĄGU DNIA MAM TYLKO PÓŁ GODZINY NA NAUKĘ?
Czyli językowy dylemat pt. „nie wiem, w co mam ręce włożyć”. Podpowiedź: w to, co akurat jest Waszym językowym priorytetem. Wiedząc, że macie do dyspozycji bardzo ograniczoną ilość czasu, postarajcie się wybrać jedno małe zadanie, którego realizacja jest wykonalna w tym czasie. Nie złośćcie się na siebie, że „ojej, znowu prawie nic nie zrobiłem/am”, „chciałabym/chciałbym mieć cały dzień” – najczęściej tak jest, że tego całego dnia NIE MA. Po prostu. Jest praca, dom, dzieci, studia, inne obowiązki, kwestie zdrowotne i pierdylion innych spraw, które powodują, że znalezienie całego dnia na naukę najczęściej jest po prostu niemożliwe. Tak, można chcieć uczyć się przez cały dzień – jeśli nauka sprawia Wam prawdziwą przyjemność 🙂

A CO, JEŚLI JESTEM CHORY/ZMĘCZONY/MAM GORSZY DZIEŃ?

Każdy miewa gorsze dni, spadki formy spowodowane różnymi rzeczami. Mówi się trudno i żyje się dalej. Jeśli w danym dniu nie macie czasu lub siły na naukę, nie zmuszajcie się do ślęczenia nad książkami, bo wyjdzie z tego nie nauka, a właśnie ślęczenie. Całkowicie bezproduktywne. Strata czasu.

W takim dniu można obejrzeć film lub odcinek serialu w języku obcym, przeczytać artykuł w gazecie lub na blogu obcojęzycznym, albo fragment książki. Albo nie zrobić nic. Świat się nie zawali.

Nie dajcie się złapać w pułapkę perfekcjonizmu. Jeśli tego konkretnego, sądnego dnia nie dacie rady usiąść do nauki, nie wyrzucajcie sobie:

  • „Zapisałam/em się na ten kurs, a teraz się nie uczę” – pouczycie się innego dnia, pierwszy krok już za Wami
  • „Mam tyle materiałów, i leżą już tydzień” – może muszą poleżeć, bo pewnie pojawiło się coś, co jest w tym momencie ważniejsze
  • „Znajomi będą się mówić, że jestem niesystematyczny/a” – tutaj przytoczę powiedzonko, którym ktoś skutecznie oduczył mnie w dzieciństwie myślenia o tym, co uważają inni na temat moich poczynań: „Mamo, bo kura się patrzy, a kogut się śmieje!” – I co z tego? Naprawdę zależy Wam na tym, jak ktoś skomentuje to, co robicie, albo czego nie robicie?

Czy tego chcemy czy nie, zarządzanie czasem w nauce języków opiera się na elastyczności. Nauczcie się rozpoznawać pory dnia, w których jesteście najbardziej efektywni, i postarajcie się wpleść w nie chociażby krótkie sesje nauki. Opłaci się. Bez bicia głową o ścianę. Za to z przyjemnością.

Jakie są Wasze metody na zarządzanie czasem w nauce języków obcych?

 

Podziel się!