Doktorat w Dzidziowie

Dzidziów to mała miejscowość położona niedaleko Wózkowic, na trasie pomiędzy Przewijnią a Kanapowem Wielkim.
Znaczy się, Dzidziów to nasze mieszkanie.

W Dzidziowie rządzą rodzice, tj. my, ale pod względem organizacji dnia władzę niepodzielnie sprawuje Dzidzio.

Jak już wiecie, samodzielnie uczę się języków obcych. Oprócz tego (tę informację znajdziecie w sekcji O MNIE) jestem w trakcie studiów doktoranckich.
W związku z tym, że całkiem niedawno wspomniałam o tym fakcie w jednej z grup na Facebooku, okazało się, że jest zainteresowanie tematem pisania doktoratu w Dzidziowie – a konkretnie, jak to zrobić, żeby z Dzidziem przy boku ten doktorat pisać.

Ponieważ wiele z Was na pewno jest w trakcie przygotowywania różnego rodzaju prac dyplomowych, potraktujcie ten wpis jako uniwersalny, bez względu na to czy piszecie doktorat, licencjat czy magisterkę czy jeszcze innego potworka i weźcie z niego dla siebie tyle rad, ile zdołacie udźwignąć. Matki są silne, więc mam nadzieję, że weźmiecie dużo 😉
Kto matką (lub ojcem) nie jest, tym bardziej skorzysta, bo pisanie czegokolwiek z małym człowiekiem u boku jest dużo bardziej wymagające logistycznie, niż gdy się takowego małego człowieka nie posiada 🙂

A zatem lecimy: garść rad na temat pisania pracy dyplomowej:

  1. GRUNT TO PLAN
    Plan główny i miesięczny/tygodniowy. Wystarczy, że wypiszecie ilość i tytuły/nagłówki poszczególnych części pracy/rozdziałów, a następnie zdecydujecie w jakim czasie chcecie napisać każdy z nich. I które najpierw. Wcale nie jest powiedziane, że trzeba zaczynać od wstępu. Ba, lepiej od niego nie zaczynać, bo ostateczny kształt pracy może Was zmusić do naniesienia wielu poprawek. Poza tym bez kompletnego tekstu pracy wstęp może być napisany w mechaniczny, nudnawy i suchy sposób. Wygodniej będzie zostawić go na koniec.
    Możecie nawet rozpisać sobie, w którym tygodniu czytacie jakie artykuły naukowe. Będzie prościej.
  2. DAWAJ NO TU TĘ BIBLIOGRAFIĘ
    Wbrew pozorom podejście „To się zapisze później” nie sprawdza się w przypadku bibliografii. Lepiej od razu mieć ją zanotowaną w odpowiedniej formie w porządku alfabetycznym. Dlaczego? 1) łatwiej cokolwiek znaleźć 2) w ostatniej chwili może się okazać, że z pisaniem bibliografii bywa jak z myciem naczyń, a Wy akurat będziecie mieć mało czasu.
  3. PAPIERY W JEDNYM MIEJSCU
    Nie jestem perfekcjonistką ani porządkowym świrem, ale uwierzcie mi: trzymanie wszelakich papierzysk związanych z pracą dyplomową w jednym miejscu naprawdę się opłaca. Po pierwsze łatwiej się odnaleźć. Po drugie łatwiej się zebrać do czytania/pisania, gdy wszystko jest pod ręką. Osobiście polecam Wam trzypiętrową półkę na kółkach z IKEA (zwał jak zwał – cudak ma koła i jest wybitnie ładowny) – w mojej mieszkają aktualnie używane podręczniki do języków i akcesoria do plannera.
  4. ZADBAJCIE O ZDROWIE
    Odrobina ruchu na świeżym powietrzu, pyszne owoce i regularnie przyjmowane witaminy. I woda, dużo wody. Mózg będzie Wam wdzięczny, Wasze samopoczucie zresztą też się poprawi.
  5. ZAPISUJCIE MYŚLI
    A jeżeli akurat nie możecie zapisać (bo na przykład blendujecie zupkę dla Juniora albo jesteście na spacerze i zwyczajnie nie chce Wam się zatrzymywać) – nagrajcie pomysły na dyktafon w telefonie.
  6. ZRÓBCIE SOBIE PRZERWĘ
    Pisząc bez przerw będziecie mieć wrażenie, że napiszecie szybciej i więcej. Nic bardziej mylnego. Będziecie zmęczone, a zmęczenie znacząco obniża koncentrację. Od czasu do czasu przyda się krótka przerwa, wyznaczona na przykład przez aplikację opartą na metodzie Pomodoro. Teraz pewnie zastanawiacie się, jak u licha skorzystać z tej metody, mając w zasięgu wzroku bobasa, który jakimś cudem za każdym razem wie, kiedy jest najgorszy moment na zrobienie rabanu. Otóż, moje Drogie: nikt Wam nie każe sztywno trzymać się stopera czy uwieszać na minutniku. Wystarczy, że włączycie go sobie dla podtrzymania dyscypliny w momentach, gdy Maleństwo radośnie pochrapuje albo akurat się bawi. To naprawdę pomaga zebrać myśli.
  7. DOBRA, ALE JAK JA MAM PISAĆ, JAK JA MAM DZIECKO?!
    Normalnie. Jeśli przyzwyczailiście dziecko do tego, że ma Waszą ciągłą uwagę, to będzie trochę gorzej. Jeżeli natomiast Pociecha jest nauczona zajmować się zabawkami przez jakiś czas, zostawiacie rzeczone zabawki w zasięgu małych rączek i natychmiast bierzecie się do pracy. Pamiętajcie tylko, żeby dziecko przebywało w bezpiecznej dla niego, ograniczonej przestrzeni. Bezpieczeństwo jest oczywiste, natomiast fakt ograniczenia przestrzeni jest o tyle ważny, że mając pewność, że wiecie, gdzie jest maluch i co robi, będzie Wam łatwiej się skupić. Takie pół godziny to naprawdę dużo w kontekście pisania wszelkich prac. I tak, już kilkumiesięczne dziecko potrafi przez ten czas zająć się tym, czym jest zainteresowane. Matczyny lifehack: najlepiej, żeby Dzidzia znajdowała się stosunkowo blisko Was – na wypadek, gdyby upadła zabawka i malec włączył syrenę, możecie mu szybko pomóc, zanadto się nie rozpraszając 😉 Oczywiście, są dzieci wymagające ogromnej ilości uwagi – jeśli natomiast Wasze nie są tzw. high need baby, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby postarać się znaleźć czas i rozwiązania pozwalające na kontynuację nauki. Jeżeli macie high need baby, czasem pewnie będziecie musiały postarać się trochę bardziej – lub częściej wprowadzać w życie punkt 9.
  8. DZIECKO ŚPI, ALE…
    Wcale nie musicie robić w tym czasie prasować sznurówek ani myć przedpokoju szczoteczką do zębów. Chcecie napisać tę pracę czy nie? Gary też nie uciekną. Nie marnujcie energii na pierdoły.
  9. ZAANGAŻUJCIE DRUGĄ POŁOWĘ
    Jeżeli mieszkacie z ojcami Waszych dzieci, zakładam, że ich udział w życiu maluchów nie ogranicza się do patrzenia na nie z dumą i mówienia „Moja krew!” za każdym razem, gdy głośno im się odbije 😉 Niech zabiorą dzieci na spacer lub pobawią się z nimi, gdy Wy potrzebujecie chwili stuprocentowego skupienia. I proszę bez głodnych kawałków o tym, jak to zmęczony Pan wraca z pracy i musi odpocząć. Jasne, że musi. Wy też musicie. Każdy coś musi, a realizację tego umożliwia tak zwany kompromis.
  10. NIE MIEJCIE WYRZUTÓW SUMIENIA
    Nie chodzi tylko o „robienie czegoś dla własnego rozwoju”. Zdobycie lub poszerzenie wyższego wykształcenia niejednokrotnie wiąże się z poszerzeniem możliwości na rynku pracy. Co oznacza poprawę sytuacji materialnej, większą satysfakcję matki i generalnie powinno pozytywnie przełożyć się na życie rodzinne.
  11. CZASEM ODPUŚĆCIE
    Każdemu zdarzają się gorsze dni, dzieciom też. Wam również. W takie dni warto po prostu zrobić sobie przerwę. Nic na siłę. Nic kosztem frustracji i przemęczenia.
  12. NIE DAJCIE SOBIE WMAWIAĆ BZDUR
    I tu jest pies pogrzebany. Kobiety często zabierają się za różne projekty, by porzucić je wraz z przejściem pierwszej fali Niedaszradziów i Nieudasiów. Takim ludziom mówimy „Pa, pa”. A jeśli nie da się im tego powiedzieć, bo – o zgrozo – należą do rodziny, należy zwyczajnie zamykać uszy na teksty służące podkopaniu Waszych pomysłów na siebie. „Dziękuję, póki co daję radę” powinno załatwić sprawę. Nie wdajcie się w dyskusje i kłótnie na ten temat! To nic konkretnego nie da, a Was tylko wkurzy.
  13. CZASEM MOŻECIE SIĘ OJOJAĆ
    „Ojoj, ale jestem zmęczona”. „Ojej, bolą mnie dziś plecy”. „Oj, ale mam dużo czytania”. Możecie być zmęczone, macie do tego prawo jak każdy inny człowiek. Pamiętajcie jednak, że ani udawanie terminatora ani robienie z siebie ofiary losu nikomu jeszcze nie wyszło na dobre 😉
  14. INSPIRACJA W CODZIENNYCH CHWILACH
    Najlepsze pomysły przychodzą do nas w najmniej oczekiwanych momentach. Dlatego zawsze miejcie pod ręką notes lub dyktafon. W ten sposób możecie dodać fragment pracy nawet czekając w kolejce do lekarza.
  15. NIE OD RAZU KRAKÓW ZBUDOWANO
    I nie od razu napisano pracę dyplomową. A tym bardziej w Dzidziowie. Czasem będzie szło szybciej, a czasem wolniej. I to jest normalne. Nie bijcie głową w ścianę. Dzidzio w końcu tylko raz jest Dzidziem 😉

Częściową inspiracją do powstania tego wpisu jest miłościwie nam panujący Dzidzio, który w dniu dzisiejszym raczył był smerfować niestrudzenie i prawie pominąć drugą z dwóch drzemek ;), ale Matka się zaparła i wpis powstał, a dokończony został po porze, w której kiedyś emitowano nieodżałowaną Wieczorynkę. I TAK MACIE ROBIĆ, MOJE DROGIE.

Zapraszam Was do wzięcia udziału w dwóch organizowanych przeze mnie wyzwaniach: JĘZYKOWYM – 21 dni z angielskim oraz CZYTELNICZYM „Więcej książek w 2019!”.

Fanpage Matka Poliglotka
Fanpage Espresso Books
Instagram Matka Poliglotka
Instagram Espresso Books
Fanpage Mentoring Językowy 

Podziel się!

20 faktów o mnie – post z okazji urodzin

Dziś są moje urodziny!

Z tej okazji przygotowałam dla Was listę 20 informacji o Matce Poliglotce, byście mogli lepiej mnie poznać 🙂

1. Jestem leworęczna.
Ale umiem też pisać prawą ręką – choć efekt jest zdecydowanie mniej estetyczny.

2. Mój ulubiony kolor to czerwony.
O tym już chyba zdążyliście się zorientować 😉

3. Jestem totalną psiarą.
Kocham psy z wzajemnością. Obce futrzaki podchodzą do mnie czasem, żeby się przytulić.

4. Zawsze czułam się starsza niż jestem.
Poznawani ludzie tylko to potwierdzają – ze zdziwieniem mówią, że choć wyglądam na mniej lat, niż mam, w rozmowie wydaję im się starsza niż jestem. Co nie znaczy, że zgorzkniała! 😉

5. Jestem jedynaczką.
Podobno tego po mnie nie widać. No chyba, że akurat mam coś słodkiego – słodyczami nie lubię się dzielić, ale i tak to robię 😉

6. Uwielbiam słodycze.
Do tego stopnia, że będąc w ciąży podczas pomiaru glukozy z obciążeniem wypiłam ten owiany legendami płyn, nie robiąc przerw, oblizałam się i żartem zapytałam położną, czy mogę dostać jeszcze. W zasadzie powinnam mieć na imię Nutella.

7. W wieku 21 lat dwukrotnie robiłam markery nowotworowe.
Jak to leciało, „młodzi – zdrowi”? – na szczęście okazało się, że problemy zdrowotne nie były aż tak poważne, jak się wydawały.

8. Kocham śpiewać.
Śpiewam, odkąd skończyłam półtora roku. Moją specjalnością jest naśladowanie barw głosu znanych wokalistów.
Oprócz tego jestem mistrzynią w udawaniu kury i kozy (choć to już nie śpiew). Do tego stopnia, że ludzie zaczynają się rozglądać z miną „Gdzie te zwierzęta?”

9. Umiem grać na grzebieniu.
I jeszcze na flecie prostym. Ze słuchu zagram wszystko. Kiedyś uczyłam się grać na pianinie, i choć dobrze mi szło, zrezygnowałam, bo nauczycielka uparła się, żebym czytała nuty. Może kiedyś wrócę do gry.

10. Bardzo dobrze piekę.
Talent do pieczenia odkryłam w czasie ciąży, a dowodem jego istnienia jest fakt, że mój Tata uwielbia ciasta, które piekę, podczas gdy każdej innej osobie, która częstuje go ciastem powie „Nie, dziękuję” i jak sam twierdzi, z ciast najbardziej lubi ogórki kiszone 😉 YES!

11. Nie mam prawa jazdy.
Ale chcę je zrobić!

12. Mam świetną pamięć wzrokową i słuchową.
Potrafię przypomnieć Wam, co powiedzieliście mi w danej sytuacji lata temu i w co byliście wtedy ubrani. Dodatkowo bezbłędnie rozpoznaję ludzi po głosach (już przestraszyłam w ten sposób dwie koleżanki).

13. Uwielbiam sushi. Z tego powodu w ciąży cierpiałam katusze, nie mogąc zjeść surowej ryby. Odkąd Mały jest na świecie, nadrabiam 😀

14. Mam bardzo dobrą pamięć do imion.
Trzy nowe dwudziestokilkuosobowe grupy studentów w jeden dzień? Nie ma problemu! A żebyście widzieli, jaką furorę robi „O, pani ostatnio siedziała tam, a na pierwszych zajęciach tam”. Po czym zawsze odezwie się ktoś z żartobliwym „A ja gdzie siedziałem?” – „Tam, i miał pan inny plecak”.

15. Jako dziecko często porozumiewałam się z Tatą naszym własnym, „wymyślonym” językiem – polegał on na przestawianiu połówek lub części słów. Łamby rajwczo na kupachza. Nawijaliśmy tak godzinami. Przydawało się szczególnie, gdy ktoś chciał podsłuchiwać rozmowę 😉

16. Kiedyś pisałam wiersze.
Mając 12 lat wygrałam konkurs poetycki organizowany przez Centrum Sztuki Dziecka, a kilka moich wierszy zostało opublikowanych w tomikach warsztatowych.

17. Do ślubu miałam krwistoczerwoną szminkę i paznokcie w tym samym kolorze.
Znalazły się osoby, które sugerowały mi pudrowy róż… Taaa. Tutaj wyszło, kto i jak dobrze mnie zna 😉

18. Mam pięć piercingów, z czego trzy w płatkach uszu.
Reszta też w uchu – tak gdybyście byli ciekawi. Ale na tym nie koniec!

19. Nigdy jeszcze nie piłam czystej wódki.
Dam Wam teraz chwilę na zebranie szczęk z podłogi. Czysta wódka po prostu mi śmierdzi, a co jak co, ale alkohol piję dla smaku i zapachu.

20. Nie lubię lekkich zapachów perfum. Musi być mocno i musi być dym!

Chcę również podzielić się z Wami moim urodzinowym postanowieniomarzeniem.
Do 30. urodzin chciałabym opanować jeszcze sześć języków – przynajmniej na poziomie B1. Trzymajcie kciuki! 🙂 

Fanpage FB
Instagram
Grupa FB
Espresso Books – mój drugi blog
Instagram Espresso Books

Podziel się!

21 dni z angielskim, czyli o motywacji i systematyczności

Wczoraj przeprowadziłam na Facebooku live na temat motywacji w nauce języków obcych.

Najważniejszy wniosek, jaki chcę Wam dziś przekazać, jest taki, że bardzo ważne jest znalezienie swojej WŁASNEJ motywacji. Nie opierajmy się na cudzej, nie próbujmy za nią podążać. To jak próbować za wszelką cenę nosić cudze buty. Czy będą wygodne?
Być może traficie akurat na osobę, noszącą ten sam rozmiar, a fason będzie Wam odpowiadał, ale nie jest powiedziane, że faktycznie tak będzie.

Znajdźcie coś, co sprawia, że chce Wam się uczyć: może to być chęć zmiany swojego życia, zyskania nowych znajomych, rozwoju osobistego, czy też pragnienie czytania książek w języku obcym.

Decyzja o nauce jest Wasza. Plan nauki jest Wasz. Niech zatem motywacja również będzie taka bardzo Wasza. Taka, że chce się wziąć te materiały i usiąść nad nimi. A potem jeszcze raz i jeszcze raz.

Wiele z Was sygnalizuje mi problemy z systematyczną nauką. Z tego powodu postanowiłam przeprowadzić kolejne WYZWANIE JĘZYKOWE, na które bardzo serdecznie Was zapraszam:

Podczas wyzwania każdego dnia będę publikować zadanie do wykonania – w ten sposób, metodą małych kroków wyrobicie sobie nawyk systematycznej nauki angielskiego – lub innego języka: w tym przypadku zadania potraktujcie jako inspirację 🙂

Skoro o systematyczności i regularności mowa, chciałabym zaprosić Was na organizowane w ramach mojego nowego, świeżutkiego bloga ESPRESSO BOOKS wyzwanie czytelnicze 2019! „Więcej książek w 2019!” to wyzwanie, które pozwoli Wam czytać więcej i znaleźć wiele książkowych inspiracji 🙂 Zapraszam Was już teraz, ponieważ w najbliższym czasie na stronie wyzwania pojawi się lista sugestii, które mogą pomóc Wam w wybraniu książek do przeczytania i zaplanowaniu czasu na podjęcie wyzwania 🙂

Obydwu wyzwaniom towarzyszą hashtagi, które możecie dodawać do postów w mediach społecznościowych: #wyzwanie21dnizangielskim oraz #wiecejksiazekw2019.

Kto chce dołączyć? 🙂

Fanpage Matka Poliglotka
Fanpage Espresso Books
Instagram Matka Poliglotka
Instagram Espresso Books
Fanpage Mentoring Językowy 

Podziel się!

Mamo, pamiętaj o sobie – czyli 10 pomysłów na udany początek roku szkolnego

Jest 3. września 2018 roku. Jutro pierwszy dzień lekcji w nowym roku szkolnym.

Widzę Cię.

Poprawiasz plecak, który już czeka na swojego nieletniego właściciela, przygotowujesz ubranie, żeby rano nie było paniki (albo tylko nadzorujesz, żeby Twój 16-letni syn wybrał na jutro czyste skarpetki) i myślisz sobie, jakie to Dziecię jeszcze niedawno było malutkie, a teraz już chodzi do przedszkola/podstawówki/szkoły średniej. Łezka kręci Ci się w oku. Jednocześnie w głowie już układasz sobie, co będziesz robić, gdy rzeczony Nieletni wystrzeli jutro z bloku startowego prosto w objęcia kolegów i koleżanek.
Jeżeli pracujesz z domu, snujesz plany rozwoju własnego biznesu z prędkością światła. Jeśli pracujesz poza domem, myślisz sobie pewnie, na co wykorzystać chwilę miedzy powrotem do domu a powrotem dzieci. Jeżeli natomiast nie pracujesz zawodowo, dam sobie uciąć mały palec prawej dłoni (lewej nie ryzykuję, bo jestem leworęczna), że obmyślasz strategię odgruzowania domu po wakacjach.

I teraz, droga Mamo, mówię Ci STOP.

Nawet, jeśli uwielbiasz przebywać w domu z dzieckiem/dziećmi, dzieci mają to do siebie, że bywają absorbujące. Przejście z intensywnych wakacji do intensywnego roku szkolnego, który już sobie planujesz, to nie takie hop siup. Nawet, jeżeli naładowałaś baterie podczas urlopu – o ile go miałaś.

Proszę Cię – tak dla Ciebie samej – zanim po przerwie zaczniesz z powrotem budować swe zawodowe imperium, zamęczać mopa tak, że zacznie przed Tobą uciekać, albo rozpisywać menu na dwa miesiące do przodu (no bo co Wy będziecie jeść w listopadzie, jeśli teraz tego nie zaplanujesz) – zrób coś tylko, ale tylko dla siebie. A najlepiej kilka rzeczy.

Widzę Cię. Zrobiłaś taaakie oczy. Czytaj dalej.

Matki nieraz porównuje się do czarodziejek, superbohaterek, przywódczyń i cudotwórczyń. I prawda jest taka, że można na nich polegać. Ale matki, jak reszta śmiertelników, mają określoną ilość energii, która nie jest niewyczerpana. Chęci mają niewyczerpane, natomiast one same często padają na pysk (czasem również mimo wsparcia partnerów).

Szkoda by było paść na pysk już po trzech pierwszych tygodniach nowego roku szkolnego, prawda?

Zatem poczęstuj się pomysłami na organizację chwil odpoczynku zanim rzucisz się w wir pracy, zadań z matematyki i popękanych już po tygodniu śniadaniówek.

1. Połóż się.
Serio. W ciszy i spokoju, po prostu się wypoziomuj, wywal matczyne kopytka i odpocznij przez pół godziny. Albo godzinę. Albo ile potrzebujesz. Czasem trzeba sobie zwyczajnie chwilę poleżeć. Jeśli zachce Ci się spać, po prostu się zdrzem… a, okej, już chrapiesz. A-a-a, kotki dwa.

2. Zrób sobie kąpiel.
Nawet w środku dnia, jeśli tylko masz możliwość. Z pianką, bez pianki, z muzyką, bez muzyki, z dzieckiem pod drzwiami, aaa tere-fere, dziecko w szkole! 

3. Pomaluj paznokcie (jeżeli lubisz).
A potem triumfalnie siedź z rozcapierzonymi palcami i machaj nimi w powietrzu. P.S. istnieją też szybkoschnące lakiery – sama używam tylko takich i paznokcie mam pomalowane cały czas odkąd Mały skończył trzecią dobę życia. 20 minut i można zmieniać pampersy (naprawdę!).

4. Obejrzyj film.
W domu albo w kinie. Dlaczego nie mogłabyś zabrać sama siebie na film?

5. Zamów sobie coś pysznego.
Mogłabym napisać „ugotuj”, ale jak się rozpieszczać, to na całego. I zjedz to w spokoju 😉

6. Zrób sobie pyszną kawę.
Z kardamonem, cynamonem, syropem smakowym, bitą śmietaną, chilli – albo bez. Ciesz się smakiem.

7. Przeczytaj książkę.
Ale tak w ciągu jednego dnia.

8. Idź na spacer.
Nie do warzywniaka, nie do delikatesów, nie odebrać paczkę. Na spacer. Pochodź sobie, odpocznij na świeżym powietrzu. Wytargaj za milusie uszy psa sąsiada albo podrap za uchem kota sąsiadki. Tylko nie drap sąsiada, bo będą plotki przez cały rok szkolny 😉

9. Zaplanuj wrzesień.
Jeśli jeszcze tego nie zrobiłaś, weź do ręki planer, kalendarz, aplikację czy czego tam używasz, i planuj.

10. Zadzwoń do kogoś.
Do mamy, przyjaciółki, kumpla, kuzynki – do kogoś, z kim dobrze Ci się rozmawia. Albo lepiej! Umów się z tą osobą na kawę. Z kardamonem, cynamonem, syropem smakowym…

Wiesz, co jest fajne? Że takie drobne przyjemności można robić sobie przez cały rok.
Wiesz, co jest smutne? Że Matki nie zawsze o tym pamiętają. Za to pamiętają o wszystkim i o wszystkich, z chomikiem koleżanki córki włącznie.

Mamo, pamiętaj o sobie 🙂

Dołącz do grupy Matki Poliglotki, by wspierać i dostawać wsparcie w nauce i rozwoju 🙂

Zapraszam Cię na mój FANPAGE i INSTAGRAM. Już 13. września na fanpage’u odbędzie się kolejny live – tym razem będę mówić o motywacji w samodzielnej nauce języków obcych. Przekazuję Ci link do wydarzenia, żebyś nie zapomniała w natłoku codziennych spraw.

Podziel się!

Mamma mia, ale dobre! – czyli 5 moich ulubionych przysmaków kuchni włoskiej

Uwielbiam jeść.
Przyznaję się do tego bez bicia, bez przymusu i bez wstydu. Bo i czego się wstydzić? Mam żołądek i chętnie go używam. A że nie cierpię na żadne alergie pokarmowe i nie mam skłonności do tycia (teraz mnie zjedzą, teraz mnie zjedzą!), należę do tej grupy osób, które na widok pączka krzyczą „Gluten-sruten, dawaj tę bułę!” i radośnie zabierają się do konsumpcji.

Nie zdziwi Was zatem, jeśli powiem, że chętnie delektuję się smakami kuchni włoskiej – a ponadto mam w domu Włocha, który nie ma w zwyczaju uciekać przed garnkami i nie myli patelni z czajnikiem, więc sprawa raczej jest jasna. Kuchnia włoska na przemian z polską funkcjonuje u nas jako czwarty domownik.

Co Matka Poliglotka lubi najbardziej z dotychczas poznanych przysmaków słonecznej Italii? Przedstawiam Wam pięciu smacznych bohaterów dzisiejszego zestawienia:

5. Pandolce genovese
Tradycyjne ciasto z Genui, pieczone głównie na Boże Narodzenie. Z polskich ciast najbliżej mu do keksa, ale szczerze mówiąc, zostawia go daleko w tyle 😉 Pierwszy raz spróbowałam go, gdy… upiekłam je sama! W zeszłym roku, by zrobić niespodziankę mężowi. Czy się udało? Jak najbardziej. Myślał, że sprowadziłam je z Włoch – wyszło idealne 🙂

4. Bresaola
Trochę mięcha, trochę rukoli, trochę parmezanu, trochę oliwy i trochę soku z cytryny. Brzmi normalnie, smakuje rewelacyjnie.

3. Focaccia z serem
Podczas pobytu we Włoszech mąż pewnego wieczora powiedział: „Rano pójdziemy na miasto, zabiorę cię tam, gdzie robią najlepszą focaccię z serem”. No dobra. Założyłam, że będzie smaczna, ale nie spodziewałam się, że po pierwszym kęsie będę miała ochotę pożreć całą blachę. Miękkie ciasto i rozpływający się ser. Czego chcieć więcej o 9:00 rano? Choć muszę przyznać, że inne rodzaje tego przysmaku nie robią na mnie specjalnego wrażenia.

2. Trofie al pesto
Troffie to coś pomiędzy lanym ciastem a kluskami. Wyglądem przypominają gigantyczne owsiki. Serio. Ich połączenie z zielonym pesto sprawiło, że moje kubki smakowe zaczęły tańczyć.

1. Gnocchi z serem gorgonzola
Numer jeden dzisiejszego zestawienia to danie, które robi się hiperszybko, a jeszcze szybciej się je zjada. Na samo hasło zaczynam się ślinić jak bernardyn. Przykro mi, taka prawda – uwielbiam wszelakie kluchy, więc i gnocchi pokochałam całym sercem i od pierwszych sekund. A im więcej sera, tym lepiej.


Jakie są Wasze ulubione potrawy kuchni włoskiej? A może są takie, których nie lubicie? 🙂

Zapraszam Was do dołączenia do grupy Matki Poliglotki, gdzie wspieramy się w nauce języków i rozwoju!

Oprócz tego znajdziecie mnie na fanpage’u i Instagramie. Już 13.września na fanpage’u odbędzie się live na temat motywacji – zarezerwujcie sobie godzinkę – w porywach do półtorej! Oto link do wydarzenia 🙂

Zapraszam Was również na sesje mentoringu językowego i konwersacje ze mną – oraz na Instagram.

Do nauczenia! 🙂

Podziel się!

Uwaga, pasjonat! Po czym poznać językowego świra?

Cześć, mam na imię Ania i żyję językami obcymi. Taka Matka Poliglotka ze słownikiem w ręce. Dziś opowiem Ci, po czym poznać takich, jak ja – językowych świrów. Przeczytaj dokładnie, może masz takiego w swoim otoczeniu.

1. Przeważnie mają dużo materiałów do języków…
Pamiętasz film „Awantura o Basię”? A dokładniej scenę, w której na ojca Basi spada lawina książek? No właśnie. To może Wam się przytrafić w domu maniaka językowego. Na półkach, w szafkach, na regałach i wszystkich możliwych powierzchniach znajdziesz materiały do nauki. Podręczniki, słowniki, kserówki. I notatki, całe morze notatek. I to wcale nie oznacza, że zastaniesz tam bajzel! Ostrożnie z otwieraniem lodówki, bo mogą stamtąd wypaść fiszki.

2. … i wprost je uwielbiają.
Z chęcią pokażą Ci wszystkie posiadane materiały (ale nie te, których jeszcze nie odpakowali! Sorry, unboxing nie jest dla wszystkich). Opowiedzą z detalami o budowie każdego podręcznika, jego przeznaczeniu, oraz tym, jak cudownie się z niego korzysta, a na koniec pozachwycają się jakością papieru i rodzajem czcionki. Do niektórych książek są przywiązani prawie jak do domowego ogoniastego, więc jak już dostaniesz je do ręki, obchodź się z nimi ostrożnie. Pewnie uraczą Cię przy okazji historią zakupu ulubionych podręczników albo powiedzą, kto je im polecił. Po prostu kiwaj głową i udawaj, że rozumiesz.

 

3. Kupują podręczniki na wyrost.
Dopiero zaczynają się uczyć języka X, ale już mają komplet materiałów aż do poziomu B2. To normalne, typowe dla językowych świrów chomikowanie. Swoją drogą, czasem wychodzi im to na dobre, jeśli nagle okaże się, że nakład jakiejś genialnej pozycji został wyczerpany.

4. Prawdopodobnie mają pokaźną kolekcję artykułów papierniczych.
I piśmienniczych. Tak na oko ze trzydzieści notesów i mniej więcej sto kolorowych długopisów. O zakreślaczach nie wspomnę. Tylko nie pytaj, dlaczego liliowy jest do planowania, a limonkowy do zaznaczania sesji nauki, które się nie odbyły.

 

5. Dokładnie czytają etykiety produktów.
Nie, nie dlatego, że nie wiedzą, ile pasty do zębów wycisnąć na szczoteczkę. Na etykietach informacje są podawane w co najmniej kilku językach, a językowe świry tylko na to czekają! Pokaż takiemu instrukcję jakiegokolwiek sprzętu z IKEA, a zobaczysz, co się stanie.

 

6. W czasach studenckich byli dziwni do sześcianu.
Z założenia tzw. kujony są dziwne do kwadratu. A świr językowy przynosił ze sobą materiały na uczelnię i uczył się w przerwach. Potem prawdopodobnie próbował zapisać się na dwa lektoraty naraz. Albo trzy.

 

7. Wykorzystują każdą okazję, by posłuchać języka obcego lub go użyć.
KAŻDĄ. Nawet jeśli oznacza to rozmowy z nieznajomymi. Zazwyczaj językowi zapaleńcy są jednak na tyle rozgarnięci, że nie biorą od obcych cukierków. Dobrze, że nikt nie wpadł jeszcze na pomysł, żeby rozdawać im słowniki.

 

8. Chcieliby uczyć się stu języków naraz.
Rosyjski, niemiecki, swahili, włoski, niderlandzki… ooo, podręcznik do katalońskiego!

 

9. Pogryzą Cię, jeśli rozpakujesz ich książkę pierwsza.
Unboxing to świętość. Siada sobie taki maniak językowy przy wcześniej zaparzonej kawie, wyłącza jakiekolwiek rozpraszacze i starannie odpakowuje nową zdobycz. Następnie przegląda ją z namaszczeniem, zazwyczaj wącha (zapach świeżego druku, toż to perfumy dla duszy językowca!), a czasem nawet przytula. Nie pytaj, przecież miałaś nie pytać.

10. Zarażają swoją pasją.
Po prostu. Patrzysz na tę szczęśliwą gębę uchachaną nad nowym podręcznikiem, słyszysz, jak mówi w języku obcym, i nagle myślisz „Też tak chcę”. Całkiem serio.

Zanim tradycyjnie zaproszę Cię na mój Instagram, chcę Ci powiedzieć, że ja też lubię zarażać językową manią. To piękna pasja, a z niej powstał mój pomysł mentoringu językowego. Jeśli potrzebujesz wsparcia lub rad w nauce języków, napisz do mnie tutaj: MENTORING JĘZYKOWY lub na podany na tejże stronce FB adres email, i podziałajmy wspólnie!

Teraz lecą pozostałe media społecznościowe:
FANPAGE BLOGA
INSTAGRAM: MENTORING
INSTAGRAM: BLOG
INSTAGRAM: PLANOWANIE
INSTAGRAM: KSIĄŻKI

Zapraszam Cię do mojej grupy FB Matki Poliglotki, gdzie wspieramy się w nauce języków obcych i rozwoju.

Podziel się!

Rozwój osobisty – ale po co Ci to?

Doszły mnie słuchy, że istnieje rodzaj ludzi, którzy potrafią zadać chcącej się rozwijać młodej matce pytanie „Po co ci to?”. Serio. A zatem dzisiaj artykuł właśnie na ten temat. Jestem Matką Poliglotką, to fakt, ale akurat tutaj można spojrzeć na problem nie tylko w świetle nauki języków.

W pozornie niewinnym pytaniu „Po co ci to?” kryje się bardzo nieładna podszewka, która zazwyczaj szybko wychodzi na wierzch, ukazując (mam nadzieję, że tylko) wąskie horyzonty pytającego (a nie zwyczajne chamstwo). Być może pytający nie wie, że masz zamiar zdobyć jakiś certyfikat, skończyć studia podyplomowe czy kurs w celu uzyskania lepszych dochodów i rozwoju własnej osoby. Być może w ogóle nie widzi sensu w Twojej pasji. Niestety, z tego, co od Was usłyszałam – a raczej przeczytałam – najczęściej chodzi o brak zrozumienia dla takiej konfiguracji, gdzie kobieta zajmuje się (najczęściej jeszcze małym) dzieckiem, „siedzi” w domu, i przy tym chce wykorzystać część czasu na własny rozwój.

Oto, jakie mądrości można usłyszeć:

  1. Nie masz co robić? Siedzisz w domu, to coś zrób.
    Ale że tak całymi dniami masz latać przyklejona do mopa? Albo prasować (o ile prasujesz)? Twój rozmówca albo jest pedantem, albo myśli, że mieszkasz w chlewie. Proszę państwa, chlew się nie robi od tego, że pani domu chce się rozwijać. I na przykład czytać literaturę branżową. Zapisanie się na studia podyplomowe również nie sprawi, że zaniedba ona dom i nagle pojawią się pająki i karaluchy, które będą w domu tak długo, że trzeba będzie nadać im imiona. Nie można w kółko sprzątać! Życie jest ciekawe, naprawdę!

    2. Weź się zajmij dzieckiem.
    A nie zajmujesz się? Jest głodne, zaniedbane, smutne, całymi dniami leży samo? Nie? No właśnie. Poza tym, zwolenników ciągłego sterczenia nad dzieckiem i rzucaniem w niego piętnastoma zabawkami na sekundę zachęcam do poczytania o tzw. przebodźcowaniu. Dziecko potrzebuje spokojnego czasu dla siebie. Potrzebuje sobie posmerfować, mając matkę w pobliżu. A matka może ten czas wykorzystać dla siebie samej. Nie wspomnę o tym, że małe dzieci najczęściej ucinają sobie w ciągu dnia jedną lub kilka drzemek. Przez ten czas można wpatrywać się w bobasa rozanielonym wzrokiem, ale można też poczytać książkę, pouczyć się języka, pisać bloga, robić notatki albo pisać pracę dyplomową. Uwielbiam patrzeć, jak Mały śpi, ale żeby tak cały czas?

    3. Bycie matką powinno ci teraz wystarczyć. 
    Mama to bardzo ważna i odpowiedzialna rola. I do tego piękna. Nawet jak Cię maluch obrzyga trzy razy na dzień, to jest to słodkie i urocze. Mówię to bez cienia ironii, a jestem matką małego ulewacza 😉
    I jeżeli bycie matką wystarcza kobiecie, by czuć się spełnioną, to cudownie! Ale jest sporo kobiet, które po pojawieniu się dziecka dalej postrzegają siebie jako chcące się rozwijać istoty. Albo dopiero po narodzinach pociechy zapala się w nich iskra, by się rozwijać. Może mają ambicje, które zwyczajnie sięgają poza domowe pielesze, i choć dziecko jest najważniejsze, cała reszta dla nich nie zniknęła. W tym również nie ma nic złego.

    4. I tak ci się to nie przyda, bo siedzisz w domu.
    To, że kobieta spędza większość czasu, przebywając w domu po urodzeniu dziecka, jest normalne. Ale, o ile nie ma zamiaru powrócić do pracy, albo nie ma zamiaru robić już nigdy nic poza tym, co robi, zajmując się domem, KIEDYŚ dana umiejętność czy wiedza jej się przyda – cokolwiek robi dla swojego rozwoju, będzie miała możliwość to wykorzystać lub rozwinąć, na przykład wtedy, gdy maluch podrośnie na tyle, by postawić stópkę na terenie przedszkola. Albo żłobka. To nie jest tak, że ta kobieta już nigdy nie będzie robić nic innego niż opiekować się dzieckiem. Dzieci rosną, heloł. A nawet idą do szkoły! A potem na studia! A tak na marginesie – mama w domu nie może mieć swojej pasji, jak każdy inny człowiek?

    Obojętnie, co jest powodem takich uwag – a na pewno nie jest to troska – Ty, jako matka, nie bierz ich do siebie. Puszczaj mimo uszu. To Ty wiesz najlepiej, czego chcesz, i wiesz też, że zajmujesz się swoim dzieckiem najlepiej jak możesz. Masz prawo mieć swoje pasje. Masz prawo się rozwijać, jeśli tylko chcesz. A Twoja pociecha za jakiś czas na pewno będzie Cię wspierać i będzie się cieszyć, że mama ma fajne zainteresowania, albo, że robi ciekawe rzeczy w pracy. Pod warunkiem, że nie zrezygnujesz ze względu na opinie osób, które, powiedzmy sobie szczerze, bardzo często nie mają z Tobą zbyt wiele wspólnego. Jesteś dorosłą kobietą, do cholery! Jeśli inni mają problem z tym, że chcesz robić rzeczy, które są dla Ciebie przyjemne i/lub mają przysłużyć się Twojej przyszłości (i również przyszłości Twojego dziecka), to… ich problem.
    *

    Zapraszam Cię do grupy Matki Poliglotki, gdzie wzajemnie wspieramy się w nauce języków – jeśli nie jesteś mamą, nic się nie martw, grupa jest otwarta na wszystkich!

    Lubię Instagram, zajrzyj do mnie: BLOGKSIĄŻKI,   PLANOWANIE  🙂

Podziel się!

Jak zacząć się uczyć języka obcego?

Masz marzenie nauczyć się jakiegoś języka obcego. Potem marzenie przeradza się w postanowienie. Zbierasz materiały, niby jesteś gotowa, siadasz i… klops. Nie idzie. Ba, nawet nie zaczynasz, bo zastanawiasz się, JAK. To ja dzisiaj powiem Ci, jak 🙂

Zacznijmy od organizacji sesji nauki.
Brzmi poważnie? Bo to jest poważna sprawa! Wszystko zaczyna się od planu. Jeśli go nie masz, jest duże prawdopodobieństwo, że Twoja nauka będzie stać w miejscu. Jeśli, tak jak ja, na samym początku nauki składasz wizytę w księgarni językowej, a po Twoim wyjściu półka z materiałami wygląda jak po plądrowaniu (nie, że sajgon, tylko, że tyle ubyło), to istnieje prawdopodobieństwo, że gdy już uda Ci się przytargać wszystkie zakupione tomiszcza do domu, nie będziesz wiedzieć od czego zacząć. Oczywiście, jeśli uczysz się samodzielnie już długo, od razu będziesz wiedzieć, że „to na teraz”, a „tamto odłożę i poczekam, aż będę na A2”. Tak jak pisałam w artykule na temat doboru materiałów, na początek jest Ci potrzebnych tylko kilka podstawowych źródeł. Masz je już? Super! Zatem czytaj dalej.

Zastanów się teraz nad kilkoma rzeczami, a zorganizowanie sesji nauki przyjdzie Ci bardzo łatwo:
1. MIEJSCE I CZAS
Wybierz takie miejsce, w którym jesteś w stanie się skupić. To nie musi oznaczać, że ma tam panować idealna cisza. Lubisz, gdy w tle jest harmider? Spróbuj pouczyć się w kawiarni! Albo włącz w domu radio.
Miejsce do nauki powinno być też bezpieczne. Wiadomo, nie pójdziesz się uczyć w krzaczorach, gdzie o różnych porach dnia można spotkać na przykład panów konsumujących alkohol 😉 Pewnie nie usiądziesz też na środku jezdni – chodzi mi o takie miejsce, gdzie dobrze się czujesz. Jeśli wybierasz naukę na łonie natury, pamiętaj, że mrówki i osy to też część natury, i o ile może Cię nie zaatakują, mogą rozpraszać.
Odkrywaj nowe miejsca – a nuż dojdziesz do wniosku, że świetnie uczy Ci się tam, gdzie jeszcze miesiąc temu nie postawiłabyś nogi.
Pamiętaj, by uczyć się o takiej porze, żeby Twój mózg coś tam jednak przyjął 😉 Obserwuj siebie, już po kilku dniach zorientujesz się, kiedy uczy Ci się najlepiej. Dąż do tego, by w tych porach wykroić czas na naukę. Choćby pół godziny. Choćby piętnaście minut. Piętnaście minut to dużo, usiądź z książką, to się przekonasz 🙂

2. BRAK LUDZI
Nie chowaj się w szafie ani nie rzucaj długopisami w każdego, kto pojawi się na horyzoncie – unikaj jedynie nauki w miejscach, gdzie ktoś może Cię zagadywać. Albo, innymi słowami, unikaj osób, które nie rozumieją, że chcesz się uczyć. Nie wdawaj się w rozmowy, grzecznie przeproś i zabierz się do nauki albo… przenieś się gdzie indziej. Niestety nie do każdego dociera słowo mówione, a wiele osób ma niepohamowaną potrzebę nawijania makaronu na uszy. To super, ale pogadacie sobie innym razem. To samo tyczy się Fejsa i innych internetowych rozpraszaczy 😉

3. COŚ DO PICIA I ZOSTAW TEGO PĄCZKA W SPOKOJU
Weź sobie coś do picia. Kawa jest okej, pod warunkiem, że wypijesz ją od razu, a nie będziesz latać co 10 minut do mikrofalówki (To akurat ja, ja tak robię, piję i jem bardzo powoli, i nieraz muszę podgrzewać, przez co się rozpraszam.) Dlaczego nie powinnaś jeść w trakcie nauki? Po pierwsze, przekąska, po którą musisz się przejść do kuchni, może równać się małej przerwie, której Twój mózg potrzebuje (Uwierz mi, jeśli dopiero zaczynasz, potrzebuje jej tym bardziej!). Po drugie, po prostu się rozpraszasz. Pyszny ten wafelek, ale o! ukruszył się, musisz szybko pozbierać i wyrzucić, bo przyjdzie pies i zeżre. Ubrudziłaś się, więc koniecznie musisz umyć ręce, etc. Pączek poczeka. Pączek rozumie.

4. COŚ DO NOTOWANIA – JEŚLI NOTUJESZ
Kto lubi kolorowe długopisy, ręka do góry! A kto nie lubi, ten pozostaje przy standardowych kolorach (podobno lepiej nam się uczy, czytając notatki zrobione granatowym lub niebieskim atramentem). Zdecyduj czy wolisz używać notesu/zeszytu, a może segregatora z kartkami? Gdy już będziesz mieć zestaw małego skryby, zastanów się, jak chcesz notować: za pomocą opisów, dwóch kolumn, rysunków, map myśli, albo może jeszcze inaczej?
Dobrym pomysłem jest robienie nagłówków w notatkach. Łatwiej się połapać i przyjemniej siadać do powtórek 😉
Wbrew pozorom, szczególnie dla leworęcznych bardzo ważny jest dobór odpowiedniego długopisu/pióra. Chyba, że lubisz mieć granatowe smugi na lewej ręce, to łap dowolny 😉
Jeżeli robisz notatki na komputerze, dobierz odpowiedni dla Ciebie program – np. Evernote.
Pomyśl też, w jaki sposób robić notatki, tj. w trakcie nauki czy dopiero pod koniec. Robienie notatek na bieżąco może Cię na początku rozpraszać.

5. PO KOLEI
Ile powinna trwać sesja? Tyle, ile jest dla Ciebie optymalne + ile masz czasu do dyspozycji. Na początek proponuję Ci pół godziny.
Pamiętaj, żeby przy dłuższej sesji co jakiś czas robić sobie przerwę. Tak, wiem, jeśli masz małe dziecko (lub dzieci, w liczbie mnogiej), możesz nie mieć trzech godzin naraz – to nic; wykorzystaj ten czas, który masz. A następną sesję zacznij od krótkiej powtórki.

NO DOBRA, SESJA SESJĄ, ALE PRÓBUJĘ I JAKOŚ NIE MOGĘ ZABRAĆ SIĘ ZA NAUKĘ. JAK ZACZĄĆ?
Uwierz mi, rozpoczęcie samodzielnej nauki jest proste jak konstrukcja cepa. I z niewiadomych względów określane jako nadludzki, wymagający supermocy wysiłek, którym wcale nie jest. Oto trzy główne rady Matki Poliglotki:

1. Metoda małych kroków świetnie sprawdza się w nauce. Nie nauczysz się wszystkiego naraz. NIE DA SIĘ. Dotarło? Ambicje odłóż na bok! Nie pospieszaj sama siebie, bo wtedy zapału starczy Ci na pierwsze trzy dni – przy dobrych wiatrach na tydzień. Będziesz zmęczona i w końcu zrezygnujesz. Wyznaczaj sobie małe porcje materiału. Jeden rozdział podręcznika zamiast dwóch, Dwa testy zamiast czterech. Z czasem na pewno zwiększysz tempo, ale zaczynaj od małych partii.
2. Nie porównuj się do innych. A już na pewno nie do tych, którzy uczą się sami od dawna! Porównania wyłącznie dołują, a chyba nie o to Ci chodzi? Traktuj bardziej zaawansowanych uczących się jako inspirację, a nie jako symbol etapu, do którego chcesz dotrzeć w jak najkrótszym czasie i za wszelką cenę. Taka mała rada ubrana w język byłej gimbazy: daj sobie siana z porównaniami.
3. Nie komplikuj sobie życia. Masz materiały? Masz plan? Masz wyznaczone pory dnia? Masz przemyślaną strategię nauki? Masz plan sesji nauki? To bierz się do pracy. Nie zastanawiaj się czy tym razem Ci się uda – pomyśl, że Ci się uda. Nie zastanawiaj się czy właściwie dobrałaś materiały – jeśli coś nie będzie pasować, wyjdzie w praniu i to zmienisz.

PO PROSTU ZACZNIJ 🙂

Zapraszam Cię do mojej grupy FB, w której wzajemnie wspieramy się w nauce – za nami pierwsze wyzwanie językowe, a przed nami kolejne – być może już z Tobą na pokładzie? 🙂 www.facebook.com/groups/matkipoliglotki  – Choć w nazwie są matki, grupa jest otwarta na wszystkich!

Lubię Instagram: BLOG/STUDYGRAM , PLANOWANIE , MAZIDŁA , i, uwaga uwaga, moje najnowsze Instagramowe maleństwo, BOOKSTAGRAM 🙂

Podziel się!

Co robić na L4 w ciąży?

Widziałam mnóstwo takich zapytań na różnych forach. Kobitka jest w ciąży, i nagle okazuje się, że z jakichś przyczyn nie może pracować. Ląduje na L4. I zastanawia się, co robić.

Jestem dobrym tego przykładem, bo złe samopoczucie, tak jak i zwolnienie lekarskie, mnie zaskoczyło. Wyobrażałam sobie, że w ciąży będę pracować, no bo to przecież ten czas, gdy kobieta kwitnie. No i kwitłam. Na kanapie 😀


Myślę, że jeśli dla kogoś jest to kolejna ciąża, siłą rzeczy zajęcia znajdą się same, najpewniej przyniosą Wam papier i kredki lub klocki Lego, ewentualnie zażądają naleśników 😉 Dzisiejszy artykuł jest trochę bardziej dla tych z Was, które są w ciąży po raz pierwszy.
Drogie Panie, jeśli zastanawiacie się, co zrobić ze swoim czasem na L4, podsuwam Wam dziś garść pomysłów!

ODPOCZYWAJ
Ameryki nie odkryję, jeśli powiem, że na L4 powinno się odpoczywać 😉 Oczywiście, są kobiety, które świetnie się czują, a L4 dostały, bo ich warunki pracy byłyby niebezpieczne dla rozwijającej się ciąży (np. praca w laboratorium chemicznym). Ale nawet te babeczki zachęcam, żeby sobie odpoczęły. Nogi do góry i relaks.

ZADBAJ O ZNAJOMOŚCI
Obojętnie czy jesteś na L4 chodzącym czy leżącym, to fajny czas, by zadbać o przyjaźnie. Jeśli nie dasz rady wyjść z domu, koleżanki zawsze mogą Cię odwiedzić. Jeśli możesz wychodzić, umówcie się czasem na ciacho lub przejdźcie na spacer. W końcu teraz masz na to czas! I na pewno będziesz czuła się bezpieczniej, zażywając świeżego powietrza w czyimś towarzystwie.

PIELĘGNUJ HOBBY LUB…
Zwolnienie lekarskie to idealny czas na rozwijanie pasji, bo masz teraz mnóstwo czasu. Chyba, że Twoja dotychczasowa pasja wymaga aktywności fizycznej lub częstego przebywania poza domem. Wtedy…

… ZNAJDŹ SOBIE NOWE!
A nuż odkryjesz miłość do szydełkowania? Robienia na drutach? Rozwiązywania krzyżówek? Czytania książek? (Choć mam nadzieję, że czytasz 😉 ) Nauki języków? 😉

PRZYGOTUJ SIĘ NA PRZYJŚCIE DZIECKA
Możesz czytać poradniki i wybierać wyposażenie pokoju i elementy wyprawki (jeśli nie stacjonarnie, to online!) – remonty zostaw dumnemu tatusiowi 😉 Chodzenie na zakupy po dziecięce fatałaszki musi być super 🙂 Mnie niestety nie było dane – gdy przyszedł czas na kompletowanie tych wszystkich cudeniek, czułam się już bardzo źle – a potem wylądowałam na patologii ciąży. Zresztą wcześniej też nie miałam siły chodzić na zakupy. Większość rzeczy dla Małego kupiliśmy zatem online.
A poradników nie czytałam. Serio, ani jednego. Jedyna książka tego rodzaju, do której zajrzałam, to „W oczekiwaniu na dziecko” – przekartkowałam ją do rozdziału o piątym miesiącu ciąży, ale, że informacje w niej zawarte były mi dobrze znane, odłożyłam ją na bok.

SNUJ PLANY
Stwórz sobie plan rozwoju zawodowego i osobistego na po ciąży, albo przynajmniej jego szkic. Co chciałabyś osiągnąć? Jak zorganizować na to czas po pojawieniu się dziecka? Teraz jest pora, by się nad tym głowić! 🙂

DBAJ O SIEBIE, CZYLI PAPĘ NA JAPĘ
Nie tylko wizyty u lekarzy, witaminy, badania i odpoczynek – zrób coś przyjemnego! Zrób sobie peeling, maseczkę, pomaluj paznokcie. Jeśli się malujesz, strzel sobie ładny makijaż. Masz na to czas!

ZACZYTAJ SIĘ
Kto Ci broni przeczytać wszystkie te książki, które zbierają kurz na regale? No kto?

SERIALE? SERIO!
Oglądaj, ile wlezie. Nadrób filmy, seriale, programy, które chciałaś obejrzeć, ale wcześniej jakoś nie było czasu.

PIELĘGNUJ ZWIĄZEK
Duża ilość pracy już nie stoi na przeszkodzie, by iść z partnerem na romantyczną kolację lub spędzić całą sobotę, oglądając razem filmy i zajadając popcorn – albo świeżą marchewkę – jeśli akurat wolisz świeżą marchewkę 😉

ACH, ŚPIJ, KOCHANIE
Tak. Po prostu śpij. Zdrzemnij się, ilekroć zamykają Ci się oczy. Drzemka w środku dnia (albo dwie!) to hiperluksus. Skorzystaj z tego!

DO SERCA PRZYTUL PSA, WEŹ NA KOLANA KOTA
Twój futrzasty pieszczoszek będzie zachwycony, widząc Cię codziennie w domu! Jeśli masz kota, uwaga z kuwetą, jej czyszczenie lepiej zostawić innym domownikom 🙂

UCZ SIĘ JĘZYKA OBCEGO
U Matki Poliglotki musiał pojawić się ten punkt. Namawiam Cię do samodzielnej nauki również na L4 – oczywiście pod warunkiem, że masz na to siłę 🙂

Jeśli chcesz uczyć się języków, zapraszam Cię do naszej grupy Matki Poliglotki 🙂

Już niedługo startuje moje pierwsze wyzwanie dotyczące samodzielnej nauki!

Jestem na Instagramie: BLOG, PLANNERY, KOSMETYKI i JEDZENIE 🙂

Podziel się!

Materiały i miejsca do nauki włoskiego na poziomie podstawowym

Jeśli chcesz zacząć uczyć się włoskiego, ale potrzebujesz pomocy przy doborze materiałów, to 1. najpierw odsyłam Cię do TEGO ARTYKUŁU o tym, jak zacząć naukę języka, 2. gdy już się z nim zapoznasz, czytaj dalej – oto kilka pozycji, które Matka Poliglotka sprawdziła na własnej skórze:

  1. Podręcznik podstawowy – zaczęłam od „Włoski raz a dobrze” z wyd. Lingo. Szukałam podręcznika, który faktycznie pozwoli na opanowanie podstaw języka, a nie tylko wspomni o najbardziej przydatnych zwrotach, by zaraz potem zawalić czytelnika potokiem pojedynczych słówek. I znalazłam, bo „Włoski raz a dobrze” zawiera w sobie wszystkie główne tematy i przystępnie wytłumaczoną gramatykę. To wszystko podane w przejrzystej szacie graficznej, która nie świeci masą obrazków. A czcionka jest przyzwoitej wielkości.
  2. Podręcznik do gramatyki #1: Tutaj polecam Wam Gramatykę z wyd. Edgard. Znajdziemy tu gramatykę wytłumaczoną w sposób skuteczny i bezbolesny, a ilość ćwiczeń jest optymalna.
  3. Rozszerzaniu słownictwa idealnie posłuży Repetytorium tematyczno-leksykalne z wyd. Edgard – ciekawe teksty z porcjami słówek + ćwiczenia – czego chcieć więcej?
  4. Bonusik do gramatyki: pierwsza część wspomnianej przeze mnie już serii „Gramatyka w tłumaczeniach” z wyd. Preston Publishing. Cud miód i orzeszki.
  5. Polecam Wam też Testy gramatyczno-leksykalne z wyd. Edgard oraz „Włoski w ćwiczeniach” – z tego drugiego podręcznika co prawda nie korzystałam osobiście, ale używałam go w wersji francuskiej i hiszpańskiej, a jako, że są skonstruowane identycznie, z czystym sumieniem mogę go polecić.
  6. Italiano Automatico – kanał YouTube prowadzony przez młodego Włocha imieniem Alberto – co tu dużo mówić, miał chłopak świetny pomysł, bo zaczął nagrywać filmiki w dwóch prędkościach mówienia – dla początkujących i trochę bardziej zaawansowanych. Bardzo dobrze tłumaczy zagadnienia gramatyczne i niuanse kulturowe, a odkąd w filmikach bierze udział też Nonna, czyli jego babcia, ogląda się jeszcze przyjemniej. Cudowna sprawa!
  7. Learn Italian with Lucrezia – Lucrezia zabiera nas w do świata języka włoskiego w bardzo sympatyczny sposób, warto rzucić okiem 🙂
  8. Oczywiście dobrą pomocą w nauce włoskiego będą konwersacje – zarówno na Skype, jak i na żywo. Osobom z Krakowa – lub bywającym w Krakowie – polecam Italian Meeting, czyli spotkania dla osób chcących ćwiczyć swój włoski w nieformalnej, miłej atmosferze. Kto wie, może kiedyś się tam spotkamy 😉
    Jeśli chcesz zacząć uczyć się języka od podstaw, zapraszam Cię do udziału w naszym pierwszym wyzwaniu w grupie Matki Poliglotki – miejscu, w którym rodzice (i nie tylko) wspierają się w nauce języków i rozwoju 🙂 Wyzwanie startuje już 1. lipca!

    Jestem na Instagramie:
    Matka Poliglotka
    Lipsticks United
    Planner Fever
    Portret Smaku

Podziel się!