„Ania, jak ty to robisz, że ogarniasz tyle spraw, będąc mamą?”

Często słyszę to pytanie, zarówno od znajomych jak i w grupach na Facebooku. Co ciekawe, w innej wersji towarzyszy mi ono od prawie 10 lat, od początku studiów. Jeszcze zanim zostałam mamą (i blogową Matką Poliglotką) wielu ludziom nie mieściło się w głowie, że można pracować (w pewnym momencie na dwa etaty), robić doktorat, uczyć się języków, a do tego mieć życie prywatne. Można – wystarczą chęci, pasja i odpowiednie zarządzanie sobą w czasie.

Dlatego dla wszystkich ciekawskich, a przede wszystkim dla poszukujących inspiracji, postanowiłam stworzyć drugi filar bloga i zaczynam cykl postów dotyczących planowania i organizacji czasu. Na czas nieokreślony, bo nie zamierzam przestać planować 😉

Dzisiaj zdradzę Wam, jakich narzędzi używam do planowania.

Przeszłam długą drogę w tej kwestii, w tym eksperyment polegający na zastosowaniu dwóch osobnych plannerów – osobistego i językowo-blogowego. Jak się okazało, najskuteczniejsze w moim przypadku jest użycie jednego plannera i dodatków.

W ILU SFERACH PLANUJĘ?

Ogólnie rzecz ujmując, w pięciu:

  1. Rodzina i zdrowie (w tym zawiera się planowanie posiłków).
  2. Praca.
  3. Blogi.
  4. Doktorat.
  5. Nauka języków i rozwój osobisty.

 

CZEGO UŻYWAM?

Na co dzień towarzyszy mi planner książkowy upolowany w sklepie Stradivarius, w którym mam, ogólnie rzecz ujmując, wszystko poza planem posiłków. Jeden planner, odpowiednio podzielony i zagospodarowany, wystarcza mi do planowania w tych wszystkich sferach. Ten system sprawdzał się przed pojawieniem się Małego i Anmaluxis (mojej firmy) i sprawdza się też teraz – odpowiednio zmodyfikowany, bo wyjątkiem jest praca.

Do planowania w pracy używam jeszcze jednego narzędzia: od prawie trzech miesięcy towarzyszy mi biuwar Pani Swojego Czasu. I czasem kartka papieru kancelaryjnego, gdy akurat rozpisuję sobie jakiś większy projekt.

Do planowania posiłków używam arkuszy od PSC – tylko trochę je modyfikuję, żeby zmieścić cztery posiłki.

DLACZEGO TYLKO TYLE?

W związku z tym, że niby niewiele się przemieszczam, bo pracuję głównie z domu, teoretycznie mogłabym rozdzielić planowanie pomiędzy kilka kalendarzy. To jednak słabo funkcjonowało, bo jak ma się mało czasu, dobrze jest mieć wszystko pod ręką. A tak, wybierając się gdzieś poza dom nie muszę załadowywać torby pod wózkiem dodatkowymi szpargałami. Drugim powodem jest mój biedny, problematyczny kręgosłup. Noszenie dużego, ciężkiego plannera (albo dwóch) jest w moim przypadku wykluczone – torebka musi być jak najlżejsza.

Jak widzicie, nie używam żadnych aplikacji. Jedynym odstępstwem od tej reguły jest sporadyczne notowanie drobiazgów w notatniku w telefonie. Potem te zapiski i tak przenoszę do papierowego plannera albo na biuwar. Cóż, w końcu jestem kobietą z kawy i papieru 😉

 

Planner książkowy, który wybrałam, jest bardzo ciekawie rozwiązany w środku. Nie idealnie, bo wciąż takiego szukam (i w końcu stworzę go sama), ale zagospodarowałam go w sposób, który bardzo mi odpowiada. Jeżeli jesteście ciekawi, jak prezentuje się mój planner (w wersji sprzed moich kombinacji), zapraszam Was na mój Instagram.

Niebawem opowiem Wam tutaj, jak dostosowałam to cudeńko do moich potrzeb i pokażę, jak teraz wygląda w środku 🙂

A Wy z jakich narzędzi do planowania korzystacie? 🙂

 

Te z Was, które myślą o założeniu własnego biznesu, zapraszam na mój najbliższy webinar Notatki BiznesMatki, podczas którego opowiem o procesie zakładania firmy oraz o pracy z maluchem u boku 🙂 Do osób zapisanych na newsletter 5. kwietnia pofrunie przypomnienie, a po webinarze materiały do druku. Webinar odbędzie się na fanpage’u mojego bloga 8.kwietnia o 20:00. Wydarzenie znajdziecie TUTAJ. Do zobaczenia!

Podziel się!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.