Róbcie swoje, czyli 10 sytuacji, gdy nie warto słuchać krytyki

Dzisiaj artykuł o tym, dlaczego nie powinno się słuchać krytyki, samodzielnie ucząc się języków. Mam tutaj na myśli krytykę odnoszącą się do samego faktu podjęcia nauki lub wyboru języków – jeśli ktoś krytykuje Wasz dobór materiałów lub metody, a zna się na tym, warto posłuchać choć jednym uchem, a nuż się przyda.

1. „Ten język ci się nie przyda”
Załóżmy, że wybraliście sobie język, który jest niezbyt popularny w Waszym kraju czy środowisku. Zawsze znajdzie się krytykant, który powie Wam, że to się nie przyda, i w ogóle nie ma sensu uczyć się tego języka. Skąd ta osoba może o tym wiedzieć? Być może czekają na Was nowe możliwości związane z tym językiem? Albo uczycie się dla przyjemności?

2. „Ten język jest za trudny”

Na jakiej podstawie Wasz rozmówca ocenia poziom trudności wybranego przez Was języka? Na swoim przykładzie? Według tabel znalezionych w sieci? Bo „kuzynka cioci siostry szwagra” to uczyła się dwa lata i w ogóle jej nie szło! Osoba, która tak mówi, najprawdopodobniej nie ma zielonego pojęcia o Waszych możliwościach i ewentualnie o językach, którymi już się posługujecie, a których znajomość może ułatwić Wam naukę tego właśnie wybranego języka. Szkoda kuzynki, ale może Wam pójdzie lepiej.

3. „Ten język zna już wiele osób”

Nie dajcie sobie wmówić, że „tego języka to już wszyscy się uczą, więc nie ma sensu”, „weź się za coś mniej popularnego, ale wciąż z dużym zapotrzebowaniem”. Dlaczego? Być może znajdziecie niszę, w której możecie wykorzystać ten język? Albo już macie na horyzoncie coś, co wymaga znajomości akurat tego konkretnego języka?

4. „Zajmij się lepiej szkołą/studiami”

Dlaczego mielibyście rezygnować z nauki języka ze względu na to, że dalej się kształcicie? Oczywiście, jest to dodatkowe obciążenie dla umysłu, ale równocześnie jego znakomite ćwiczenie! Poza tym, byłoby zwykłą głupotą rezygnować z możliwości nauki w młodym wieku, gdy łatwo przyzwyczaić głowę do tego typu wysiłku. Jeśli ze szkołą/studiami można pogodzić pracę, zajęcia sportowe, kółka artystyczne etc, to samodzielną naukę języków też.

5. „Lepiej idź na kurs, bo będziesz robić błędy”

Że niby ludzie uczący się na kursach nie robią błędów?

6. „Ja to nie mam czasu na takie rzeczy!”

Tutaj, proszę Państwa, leci zawoalowany pocisk. Ktoś, to tak mówi, zakłada z góry, że ona/on jest megahipersuperzajętym człowiekiem, dla którego nauka języków to bzdurna fanaberia, na którą absolutnie nie ma czasu. Za jednym zamachem mówi Wam, że nie macie nic lepszego do roboty, i że jej/jego czas byłby zbyt cenny na takie zajęcie. NIGDY nie usłyszycie czegoś takiego od osoby naprawdę zajętej.

Nie masz czasu na takie rzeczy? A skąd masz czas na bicie kolejnych rekordów i wysyłanie mi zaproszeń do Candy Crush Saga?

7. „Zaczniesz, a potem zapomnisz”

Jak będę powtarzać i używać języka, to nie zapomnę. Nie Twój problem.

8. „Kolejny język? Po co? Przecież znasz już angielski”

Dla rozrywki. Bo jest taka potrzeba. Bo mnie to ciekawi. Bo lubię się uczyć. Bo chcę przeczytać książkę „X” w oryginale. Bo poznałam kogoś, dla kogo ten język jest językiem ojczystym, polubiliśmy się, i chcę się uczyć.

9. „Podobne języki? Pomiesza ci się!”

Jednym się miesza, innym się nie miesza. Jeszcze innym miesza się tylko trochę. Nie ma znaczenia. Chcecie, to się uczcie, a ewentualne „mieszanie” wyeliminujecie lub zmniejszycie z czasem. Sama posłuchałam takiej „rady” będąc w liceum – chciałam zacząć uczyć się włoskiego równolegle z obowiązkową na moim profilu łaciną. I dałam za wygraną, bo uwierzyłam Pani od Łaciny (swoją drogą, poza tą jedną kwestią była jedną z najlepszych nauczycielek, jakie spotkałam na swojej drodze, i do tej pory bardzo ciepło ją wspominam). Z perspektywy czasu widzę, że na pewno by mi się nie pomieszało. Szkoda tylko, że włoski czekał prawie 10 lat, zanim zaczęłam się go uczyć. Byłabym już od dawna na poziomie C2…

10. „Nie zaczynaj, bo potem przyjdzie praca i dom i nie będziesz mieć czasu”

To chyba mój ulubiony tekst. Praca przyszła do mnie szybko, bo jeszcze na studiach, własny dom przyszedł trochę później. Owszem, były długie przerwy w nauce, ale całkowite porzucenie języków nie ma sensu! Gdzie wola, znajdzie się i sposób. A może właśnie w domu znajdziecie sprzymierzeńców w nauce? Pouczycie się razem? Albo od siebie nawzajem?


Podsumowując, mam dla Was dwie rady:

  1. Nie dajcie sobie wmówić, że którykolwiek z tych powodów jest wystarczający, by porzucić samodzielną naukę lub wcale jej nie podejmować. To Wasza decyzja i na pewno nie będziecie jej żałować.
  2. Gdy ktoś Was krytykuje, zapytajcie wprost: „Na jakiej podstawie tak twierdzisz? Uczyłaś/uczyłeś się kiedyś sama/sam?”

    Od filologa ani osoby uczącej się samodzielnie na pewno nie usłyszycie podobnych bzdur. A ludzi, którzy nie mają doświadczenia w nauce, za to mają mnóstwo „mądrości” do przekazania, zwyczajnie nie warto słuchać. Jak mówi chińskie przysłowie: „Osoba, która twierdzi, że czegoś nie da się zrobić, nie powinna przeszkadzać osobie, która to robi”.

 

Na sam koniec dzisiejszego artykułu zapraszam Was do utworzonej przeze mnie grupy na Facebooku „Języki obce z LinguAnką” – jest to miejsce, które stworzyłam, by umożliwić Czytelnikom kontakt ze mną i między sobą. Będziemy tam rozmawiać o samodzielnej nauce i wzajemnie się wspierać:  https://www.facebook.com/groups/1728581680506918/

 

Podziel się!

Lubię, jak mi dobrze tłumaczą! Czyli tłumaczenie w nauce języka i recenzja podręczników Preston Publishing

Tłumaczenie w nauce języków jest wciąż bardzo niedoceniane. Metoda nauczania zwana „gramatyczno-tłumaczeniową” na tyle zalazła niektórym za skórę, że na samo hasło „tłumaczenie” zaczynają gryźć i pluć jadem na odległość. A szkoda, bo nie o takie tłumaczenie chodzi. Zanim przejdę do recenzji, muszę wspomnieć o tym, że świetnym sposobem na ćwiczenie języka jest tłumaczenie w myślach wszystkiego, co się da – od napisów na billboardach, przez fragmenty artykułów prasowych, aż po zasłyszane wypowiedzi innych ludzi. Za czasów studenckich zdarzało mi się tłumaczyć w myślach również wtedy, gdy trafiał się nudny fragment wykładu 😉 Tłumacząc w ten sposób, nabieramy płynności, i ciężko wtedy o zaskoczenie „nie wiem co powiedzieć” – albo przynajmniej łatwo z takiej sytuacji wybrnąć.

 

TŁUMACZENIE PISEMNE, KTÓRE NIE WIEJE NUDĄ?

Wyjaśnieniem tej kwestii, a zarazem światełkiem w ciemności prowadzącym do przyjemnej nauki za pomocą tłumaczenia są wspomniane już przeze mnie podręczniki z serii „W tłumaczeniach” wydane przez Preston Publishing.* Dlaczego?

 

WIECIE, CO MACIE ZROBIĆ

W każdym z tych podręczników znajdziemy (poza spisem treści) krótkie wprowadzenie do wymowy danego języka oraz instrukcję użycia 😉 i podpowiedzi dotyczące sposobu nauki. Wszystko jasno,  prosto i klarownie. Człowiek otwiera książkę i dwie minuty potem już wie, jak ma z nią pracować. I może od razu zabrać się do nauki.

 

WEŹ MI TO WYTŁUMACZ

Nie rozumiecie jakiegoś zagadnienia? Nie ma problemu! Szukacie go w spisie treści, uporządkowanym w bardzo logiczny sposób według stopnia trudności i kolejności uczenia się elementów gramatycznych proponowanej przez wydawnictwo, otwieracie na wskazanej stronie i bierzecie ołówek do ręki. Co dzieje się potem?

CUDA, PANIE, CUDA

W każdym rozdziale na lewej stronie są zdania po polsku wraz z miejscem na Wasze tłumaczenie na język docelowy. Na prawej stronie natomiast znajdują się te same zdania, tyle że przetłumaczone i opatrzone komentarzem lub wskazówkami gramatycznymi. Do podręcznika dołączona jest płyta z nagranymi wszystkimi zdaniami, gdybyście chcieli poćwiczyć wymowę, powtarzając za lektorem, albo poćwiczyć rozumienie ze słuchu.

 

NO I?

Działa, naprawdę działa. Sama jestem właścicielką 10 podręczników z tej serii, włączając w to włoski, hiszpański, niemiecki, rosyjski, francuski i angielski w biznesie. Podbiły moje serce poliglotki prostotą i skutecznością. Przy okazji nauki gramatyki znajdzie się też porcja nowych słówek do zapamiętania, a ze względu na kontekst dostarczany przez zdania jest to bardzo łatwe. Zdania o przydatnej tematyce, różnorakie wyrażenia i wskazówki sprawiają, że z tą serią gramatykę mamy podaną na tacy.

Jednym słowem polecam! I podręczniki, i tłumaczenie.

Korzystaliście kiedyś z takiej metody nauki? 🙂

*Artykuł nie jest sponsorowany przez wydawnictwo Preston Publishing, a zaprezentowane podręczniki zostały przeze mnie zakupione nakładem własnych środków.

Podziel się!