Czy masz czas na szacunek?

Dzisiejszy wpis nie jest ściśle związany z językami obcymi. Powstał pod wpływem impulsu – impuls dała mi grupa Panie Swojego Czasu, a dokładniej wpis informujący o planowanym webinarze. O co chodzi?

Ano o to, że okazuje się, że mimo czytelnie podawanych informacji ludzie bardzo często dosłownie linijkę niżej zadają pytania o to, co jest napisane czarno na białym. Co, szczerze mówiąc, doprowadza mnie do szewskiej pasji/białej gorączki/furii/*niepotrzebne skreślić. NO DOBRA, ALE JAKI ZWIĄZEK MA SZACUNEK Z CZASEM?

Jak się okazuje, bardzo mocny. I lekceważony przez wiele osób w codziennym życiu.

Możesz sobie mieć kalendarz, aplikację, planner (albo 4 – tak jak ja), zakreślać, rysować szlaczki, odhaczać zadania – ale w temacie zarządzania sobą w czasie nie świadczy o Tobie tylko to, jak wykorzystujesz własny czas, ale czy szanujesz czas innych.

  1. Umawiasz się ze mną na konkretną godzinę. Jeśli się spóźnisz bez uprzedzenia, już wiem, że nie szanujesz mojego czasu. Każesz na siebie czekać. Nieładnie. „Musiałaś jeszcze coś zrobić”? Jasne, rozumiem. Ale daj mi znać. Pamiętam, jak raz stałam przez prawie pół godziny w -14 stopniach, czekając na koleżankę. Pech chciał, że nie bardzo było gdzie wejść, żeby się ogrzać. Wybiegła z tramwaju z szerokim uśmiechem na twarzy „Och, tyle mam dziś do zrobienia!”, na co ja odparłam „Zmarzłam”. Zamiast „Nie podchodź do mnie, kreaturo, bo uduszę”.
  2. „Jutro ci to wyślę, przed 15:00” – Mija 15:00, mija 17:00, co chwilę „tak, za chwilę”, w końcu oczekiwana wiadomość/plik przychodzi o 23:00. A jeszcze muszę nad tym popracować. Kto idzie spać? Ja czy Ty? Ty! A ja tracę czas.
  3. Podaję informację o jakimś terminie. Na przykład o terminie spotkania. Na sali zawsze, ale to ZAWSZE, znajdą się przynajmniej trzy osoby, które będą dopytywać „Ale kiedy? Kiedy? Szesnastego?”. Szczytem wszystkiego jest sytuacja, gdy zapiszę tę durną datę wielkimi literami, a ludzie nadal pytają. Mam powtarzać po 10 razy? Tracę czas!
  4. Prośba prośbie nierówna. Jeśli prosisz mnie o przysługę, to wychodzę z założenia, że sam/a nie dasz rady lub nie potrafisz czegoś zrobić albo załatwić. A że jestem z tych, które potrafią załatwić na cito nawet czołg, potraficie sobie wyobrazić ciąg dalszy tego punktu. Z tego miejsca apeluję do wszystkich tych z Was, którzy bez przerwy zgadzają się, by załatwiać lub zrobić coś za kogoś, a potem dowiadują się, że ten ktoś wyjechał na weekend, był w kinie albo opierniczał się cały dzień. Dajcie sobie spokój. Nie bądźcie Kopciuszkami. Nie traćcie czasu.
  5. Ostatni punkt na dziś to przerywanie w połowie zdania. Dlaczego? Bo jak mi przerwiesz, to często jest tak, że tracę wątek, i muszę zaczynać od początku. I co? I tracę czas!

Szacunek do drugiej osoby to też szacunek do jej czasu. A szacunek do siebie to szacunek do własnego czasu. Brzmi błaho? Niewiarygodne? To pomyśl, ile czasu zdarzało Ci się tracić w przeszłości w sytuacjach takich jak te powyżej. I puknij się w czoło. Tak, Ty! To, jak traktują Cię ludzie jest spowodowane w większości tym, jak pozwalasz się traktować.

Szanuj swój czas, to będziesz mieć czym zarządzać. I nie będziesz narzekać, że Ci go brakuje 😉

Tak, dobrze przeczytaliście, mam cztery plannery. Uwielbiam planować, i jestem jedną z tych osób, które mają więcej naklejek do plannera niż wszystkich ciuchów razem wziętych. Niedawno zaczęłam prowadzić grupę na FB o kreatywnym planowaniu 🙂

A tych z Was, którzy chcą samodzielnie uczyć się języków, zapraszam TU.
Instagram: LinguAnka , Planner Fever
Podziel się!

7 kwestii, które rozumieją osoby lubiące uczyć się samodzielnie

Bez względu na to czy dopiero zaczynasz przygodę z samodzielną nauką czy masz już jakieś doświadczenie, na pewno udało Ci się zauważyć, że pewne związane z nią kwestie są świetnie rozumiane przez samouków. Dziś kilka słów o tym – potraktuj ten artykuł z przymrużeniem oka 🙂

  • NIE MAM CZASU, BO SIĘ UCZĘ
    Koleżanki proponują wspólne wyjście, żeby „pochodzić po mieście i popatrzeć na ludzi”? Koledzy wyciągają Cię na piwo? A Ty mówisz „Dzięki, ale innym razem. Dziś będę się uczyć”. Reakcja: „Że co? Wolisz się uczyć?”
  • ZNOWU?!
    Rozmowa przez telefon:
    – Hej, co robisz?
    – Cześć, uczę się. Co słychać?
    – Ooojeeesu, znowu? Ty się ciągle uczysz!
  • FOLLOW ME… TO THE BOOKSTORE
    „Skoczymy na chwilę do księgarni? Może jest już ta książka, którą chciałam kupić!”
    „Wiem, że byłam wczoraj, ale dziś może już przyszła”
    „Tylko na chwilę, obiecuję!”
    „ZOBACZ, MAJĄ KOLEJNY POZIOM!”
    „Przydałby mi się taki zestaw testów! No widzę, że to dopiero od B2, poczeka”
  • PEWNEGO RAZU W PAPIERNICZYM
    „Potrzebuję nowego zeszytu, stary skończy mi się za 32 i pół strony”
    „Ale ten jest lepszy, bo ma kropki!”
    „Słyszałam, że te długopisy nie brudzą. Przyda mi się, bo robię dużo notatek, a jestem leworęczna”*
    „Wczoraj za trzecim razem kasjerka dziwnie na mnie patrzyła”
    „Ojeju zobacz, notes z … na okładce! No idealny!” – w miejsce wielokropka wstawić cokolwiek, co lubicie – od flag, przez cukierki, aż po słodkie szczeniaczki albo sportowe auta
    „Po co ci kalendarz do planowania nauki?”
  • „AUTOBUS CZERWONY PRZEZ ULICE…”
    „O żesz, miałem wysiąść dwa przystanki temu!”
    „Chwieje mi się obraz, uuu niedobrze, ale muszę to doczytać!”
    „Jak mi się uda usiąść, to się pouczę”
    „Cicho, bo nie słyszę, co mówią ci obcokrajowcy”
  • PAN TU NIE STAŁ, CZYLI KOLEJKI
    – Wczoraj stałam dwadzieścia minut w kolejce na poczcie, myślałam, że się zanudzę!
    – Ja tyle samo w aptece, był problem z terminalem. Przerobiłam 300 powtórek w AnkiDroid.
    – Co?
  • WYRECYTUJ NAM WIERSZYK
    „No to powiedz coś po włosku”
    „Nooo proszę! Mówisz, że się uczysz, a jak pytam, to musisz się zastanowić”
    Umiem też śpiewać i aportować, który pokaz życzysz sobie jako pierwszy?Przydarzyła Ci się kiedyś któraś z tych sytuacji? ;)*leworęczny = wiecznie upaprany długopisami, ponieważ tusz zazwyczaj nie zdąży wyschnąć i przesuwamy po nim ręką, pisząc dalej 😉

    Jeśli chcesz pogadać o samodzielnej nauce, dołącz do mojej grupy na Facebooku: http://facebook.com/groups/jezykiobcezlinguanka

    A jeśli przydarzył Ci się kiedyś ślinotok w papierniczym, bo tak kochasz planery i kalendarze – gdybyś miał/a ochotę porozmawiać o planowaniu i wszystkim, co z nim związane, zapraszam Cię tutaj:
    http://facebook.com/groups/plannerfeverkreatywneplanowanie 🙂

Podziel się!

Róbcie swoje, czyli 10 sytuacji, gdy nie warto słuchać krytyki

Dzisiaj artykuł o tym, dlaczego nie powinno się słuchać krytyki, samodzielnie ucząc się języków. Mam tutaj na myśli krytykę odnoszącą się do samego faktu podjęcia nauki lub wyboru języków – jeśli ktoś krytykuje Wasz dobór materiałów lub metody, a zna się na tym, warto posłuchać choć jednym uchem, a nuż się przyda.

1. „Ten język ci się nie przyda”
Załóżmy, że wybraliście sobie język, który jest niezbyt popularny w Waszym kraju czy środowisku. Zawsze znajdzie się krytykant, który powie Wam, że to się nie przyda, i w ogóle nie ma sensu uczyć się tego języka. Skąd ta osoba może o tym wiedzieć? Być może czekają na Was nowe możliwości związane z tym językiem? Albo uczycie się dla przyjemności?

2. „Ten język jest za trudny”

Na jakiej podstawie Wasz rozmówca ocenia poziom trudności wybranego przez Was języka? Na swoim przykładzie? Według tabel znalezionych w sieci? Bo „kuzynka cioci siostry szwagra” to uczyła się dwa lata i w ogóle jej nie szło! Osoba, która tak mówi, najprawdopodobniej nie ma zielonego pojęcia o Waszych możliwościach i ewentualnie o językach, którymi już się posługujecie, a których znajomość może ułatwić Wam naukę tego właśnie wybranego języka. Szkoda kuzynki, ale może Wam pójdzie lepiej.

3. „Ten język zna już wiele osób”

Nie dajcie sobie wmówić, że „tego języka to już wszyscy się uczą, więc nie ma sensu”, „weź się za coś mniej popularnego, ale wciąż z dużym zapotrzebowaniem”. Dlaczego? Być może znajdziecie niszę, w której możecie wykorzystać ten język? Albo już macie na horyzoncie coś, co wymaga znajomości akurat tego konkretnego języka?

4. „Zajmij się lepiej szkołą/studiami”

Dlaczego mielibyście rezygnować z nauki języka ze względu na to, że dalej się kształcicie? Oczywiście, jest to dodatkowe obciążenie dla umysłu, ale równocześnie jego znakomite ćwiczenie! Poza tym, byłoby zwykłą głupotą rezygnować z możliwości nauki w młodym wieku, gdy łatwo przyzwyczaić głowę do tego typu wysiłku. Jeśli ze szkołą/studiami można pogodzić pracę, zajęcia sportowe, kółka artystyczne etc, to samodzielną naukę języków też.

5. „Lepiej idź na kurs, bo będziesz robić błędy”

Że niby ludzie uczący się na kursach nie robią błędów?

6. „Ja to nie mam czasu na takie rzeczy!”

Tutaj, proszę Państwa, leci zawoalowany pocisk. Ktoś, to tak mówi, zakłada z góry, że ona/on jest megahipersuperzajętym człowiekiem, dla którego nauka języków to bzdurna fanaberia, na którą absolutnie nie ma czasu. Za jednym zamachem mówi Wam, że nie macie nic lepszego do roboty, i że jej/jego czas byłby zbyt cenny na takie zajęcie. NIGDY nie usłyszycie czegoś takiego od osoby naprawdę zajętej.

Nie masz czasu na takie rzeczy? A skąd masz czas na bicie kolejnych rekordów i wysyłanie mi zaproszeń do Candy Crush Saga?

7. „Zaczniesz, a potem zapomnisz”

Jak będę powtarzać i używać języka, to nie zapomnę. Nie Twój problem.

8. „Kolejny język? Po co? Przecież znasz już angielski”

Dla rozrywki. Bo jest taka potrzeba. Bo mnie to ciekawi. Bo lubię się uczyć. Bo chcę przeczytać książkę „X” w oryginale. Bo poznałam kogoś, dla kogo ten język jest językiem ojczystym, polubiliśmy się, i chcę się uczyć.

9. „Podobne języki? Pomiesza ci się!”

Jednym się miesza, innym się nie miesza. Jeszcze innym miesza się tylko trochę. Nie ma znaczenia. Chcecie, to się uczcie, a ewentualne „mieszanie” wyeliminujecie lub zmniejszycie z czasem. Sama posłuchałam takiej „rady” będąc w liceum – chciałam zacząć uczyć się włoskiego równolegle z obowiązkową na moim profilu łaciną. I dałam za wygraną, bo uwierzyłam Pani od Łaciny (swoją drogą, poza tą jedną kwestią była jedną z najlepszych nauczycielek, jakie spotkałam na swojej drodze, i do tej pory bardzo ciepło ją wspominam). Z perspektywy czasu widzę, że na pewno by mi się nie pomieszało. Szkoda tylko, że włoski czekał prawie 10 lat, zanim zaczęłam się go uczyć. Byłabym już od dawna na poziomie C2…

10. „Nie zaczynaj, bo potem przyjdzie praca i dom i nie będziesz mieć czasu”

To chyba mój ulubiony tekst. Praca przyszła do mnie szybko, bo jeszcze na studiach, własny dom przyszedł trochę później. Owszem, były długie przerwy w nauce, ale całkowite porzucenie języków nie ma sensu! Gdzie wola, znajdzie się i sposób. A może właśnie w domu znajdziecie sprzymierzeńców w nauce? Pouczycie się razem? Albo od siebie nawzajem?


Podsumowując, mam dla Was dwie rady:

  1. Nie dajcie sobie wmówić, że którykolwiek z tych powodów jest wystarczający, by porzucić samodzielną naukę lub wcale jej nie podejmować. To Wasza decyzja i na pewno nie będziecie jej żałować.
  2. Gdy ktoś Was krytykuje, zapytajcie wprost: „Na jakiej podstawie tak twierdzisz? Uczyłaś/uczyłeś się kiedyś sama/sam?”

    Od filologa ani osoby uczącej się samodzielnie na pewno nie usłyszycie podobnych bzdur. A ludzi, którzy nie mają doświadczenia w nauce, za to mają mnóstwo „mądrości” do przekazania, zwyczajnie nie warto słuchać. Jak mówi chińskie przysłowie: „Osoba, która twierdzi, że czegoś nie da się zrobić, nie powinna przeszkadzać osobie, która to robi”.

 

Na sam koniec dzisiejszego artykułu zapraszam Was do utworzonej przeze mnie grupy na Facebooku „Języki obce z LinguAnką” – jest to miejsce, które stworzyłam, by umożliwić Czytelnikom kontakt ze mną i między sobą. Będziemy tam rozmawiać o samodzielnej nauce i wzajemnie się wspierać:  https://www.facebook.com/groups/1728581680506918/

 

Podziel się!

Lubię, jak mi dobrze tłumaczą! Czyli tłumaczenie w nauce języka i recenzja podręczników Preston Publishing

Tłumaczenie w nauce języków jest wciąż bardzo niedoceniane. Metoda nauczania zwana „gramatyczno-tłumaczeniową” na tyle zalazła niektórym za skórę, że na samo hasło „tłumaczenie” zaczynają gryźć i pluć jadem na odległość. A szkoda, bo nie o takie tłumaczenie chodzi. Zanim przejdę do recenzji, muszę wspomnieć o tym, że świetnym sposobem na ćwiczenie języka jest tłumaczenie w myślach wszystkiego, co się da – od napisów na billboardach, przez fragmenty artykułów prasowych, aż po zasłyszane wypowiedzi innych ludzi. Za czasów studenckich zdarzało mi się tłumaczyć w myślach również wtedy, gdy trafiał się nudny fragment wykładu 😉 Tłumacząc w ten sposób, nabieramy płynności, i ciężko wtedy o zaskoczenie „nie wiem co powiedzieć” – albo przynajmniej łatwo z takiej sytuacji wybrnąć.

 

TŁUMACZENIE PISEMNE, KTÓRE NIE WIEJE NUDĄ?

Wyjaśnieniem tej kwestii, a zarazem światełkiem w ciemności prowadzącym do przyjemnej nauki za pomocą tłumaczenia są wspomniane już przeze mnie podręczniki z serii „W tłumaczeniach” wydane przez Preston Publishing.* Dlaczego?

 

WIECIE, CO MACIE ZROBIĆ

W każdym z tych podręczników znajdziemy (poza spisem treści) krótkie wprowadzenie do wymowy danego języka oraz instrukcję użycia 😉 i podpowiedzi dotyczące sposobu nauki. Wszystko jasno,  prosto i klarownie. Człowiek otwiera książkę i dwie minuty potem już wie, jak ma z nią pracować. I może od razu zabrać się do nauki.

 

WEŹ MI TO WYTŁUMACZ

Nie rozumiecie jakiegoś zagadnienia? Nie ma problemu! Szukacie go w spisie treści, uporządkowanym w bardzo logiczny sposób według stopnia trudności i kolejności uczenia się elementów gramatycznych proponowanej przez wydawnictwo, otwieracie na wskazanej stronie i bierzecie ołówek do ręki. Co dzieje się potem?

CUDA, PANIE, CUDA

W każdym rozdziale na lewej stronie są zdania po polsku wraz z miejscem na Wasze tłumaczenie na język docelowy. Na prawej stronie natomiast znajdują się te same zdania, tyle że przetłumaczone i opatrzone komentarzem lub wskazówkami gramatycznymi. Do podręcznika dołączona jest płyta z nagranymi wszystkimi zdaniami, gdybyście chcieli poćwiczyć wymowę, powtarzając za lektorem, albo poćwiczyć rozumienie ze słuchu.

 

NO I?

Działa, naprawdę działa. Sama jestem właścicielką 10 podręczników z tej serii, włączając w to włoski, hiszpański, niemiecki, rosyjski, francuski i angielski w biznesie. Podbiły moje serce poliglotki prostotą i skutecznością. Przy okazji nauki gramatyki znajdzie się też porcja nowych słówek do zapamiętania, a ze względu na kontekst dostarczany przez zdania jest to bardzo łatwe. Zdania o przydatnej tematyce, różnorakie wyrażenia i wskazówki sprawiają, że z tą serią gramatykę mamy podaną na tacy.

Jednym słowem polecam! I podręczniki, i tłumaczenie.

Korzystaliście kiedyś z takiej metody nauki? 🙂

*Artykuł nie jest sponsorowany przez wydawnictwo Preston Publishing, a zaprezentowane podręczniki zostały przeze mnie zakupione nakładem własnych środków.

Podziel się!

Nauka niemieckiego – moja (krótka) historia

Myślę, że każdy, kto uczy się języków obcych, ma w pamięci jeden, dwa, lub kilka języków, z którymi miał kiedyś do czynienia, ale później nastąpiła przerwa. Wśród moich języków jednym z takich właśnie jest niemiecki. Dziś krótko o nim.

SZKOŁA

Uczyłam się niemieckiego w szkole, w wieku 13-15 lat. Pierwszy rok był t r a g i c z n y, umieliśmy się tylko przedstawić i podać nazwy kilku państw. Może jeszcze parę innych słówek, ale to by było na tyle. Pozostałe dwa lata spędziliśmy na lekcjach niemieckiego prowadzonych przez bardzo kompetentną i przemiłą (nową) nauczycielkę – ten czas wspominam bardzo pozytywnie. Praktycznie samo wchodziło mi do głowy. Co stało się potem?
Potem przyszło liceum, gdzie w wybranym przeze mnie profilu klasy drugim obowiązkowym językiem obcym była łacina. Nie żałuję, że się jej uczyłam. To piękny język, i niesamowicie ułatwił mi dalszą (samodzielną) naukę języków. Niemiecki natomiast przepadł. Z braku czasu, i częściowo też z braku chęci, bo odkąd pamiętam, miałam z tym językiem…

LOVE-HATE RELATIONSHIP

Były miesiące, gdy myślałam „To taki ładny język, brzmi elegancko!”. Były też miesiące, i całe lata, pod hasłem „W życiu! Ble!” – i tak w kółko, wstyd się przyznać, ale jak ja się nie przyznam, to kto? Mimo łatwości w przyswajaniu języków, mimo pasji, którą mam. Cóż, bywa. Teraz się to zmieniło, i od kilku miesięcy myślałam intensywnie nad powrotem do nauki. W lipcu nadarzyła się ku temu idealna okazja.

A MOŻE NAD MORZE

Z tygodnia na tydzień zdecydowaliśmy się na wyjazd nad morze, żeby odwiedzić moją przyjaciółkę (która, nawiasem mówiąc, nie chce się uczyć niemieckiego, i krzyczy wniebogłosy, gdy tylko o nim słyszy, i którą z tego miejsca serdecznie pozdrawiam 😉 ). Chcieliśmy też wyskoczyć na chwilę do Niemiec, więc postanowiłam przypomnieć sobie podstawy, żeby móc się porozumieć. W rezultacie miałam na to osiem dni, i tak powstała rozpiska, którą w przypływie weny zatytułowałam „German STR8”.


W ROLACH GŁÓWNYCH

  • podręcznik „Niemiecki nie gryzie” wydawnictwa Edgard
  • podręcznik „Niemiecki w tłumaczeniach 1” wydawnictwa Preston Publishing
  • zeszyt A5 w linie

 

I CO Z TEGO WYSZŁO?

Niewiele pod względem realizacji rozpiski. Przemęczona po całym roku pracy – której miałam jeszcze więcej w ostatnich dwóch miesiącach przed wyjazdem – nie byłam w stanie skupić się tak, jak bym tego chciała. Postanowiłam więc się nie zmuszać, i powtórzyłam tyle, ile się dało – czyli pół podręcznika Edgard i kilka rozdziałów z Prestona.
Natomiast, co faktycznie wyszło, to przypomnienie sobie podstaw w błyskawicznym tempie, co pozwoliło mi na bezproblemowe porozumienie się z napotkanymi osobami. Oczywiście w podstawowych kwestiach, ale zawsze! Byłam i jestem z siebie dumna.

Nie dajcie sobie wmówić, że mały krok to mało. To bardzo dużo, bo pozwala przekonać się, że dacie sobie radę, i zweryfikować czy chcecie wykonać następny. A ja chcę, i wiem, że to nie koniec mojej przygody z niemieckim 🙂

Podziel się!

Zarządzanie czasem w nauce języków – od czego zacząć

Być może pojęcie „zarządzanie czasem” lub „zarządzanie sobą w czasie” obiło Wam się już kiedyś o uszy. Być może tak jak ja jesteście fanami planowania, plannerów, kalendarzy i wszelakich aplikacji, które mają za zadanie ułatwić ludziom tworzenie planów. A może dopiero zaczynacie. Obojętne! Na nauczenie się efektywnego wykorzystywania czasu w nauce języków nigdy nie jest za późno.


Rozplanowaliście już, w które dni uczycie się poszczególnych języków. Świetnie. Teraz pora zastanowić się, jak się uczyć. Podpowiadam: z głową. Czyli nie osiem godzin naraz, jeśli dopiero zaczynacie. I nie osiem godzin naraz w ogóle, bo taki sposób nauki jest zupełnie nieefektywny. Jeśli czytacie daną stronę trzeci raz i nie możecie się skupić, albo zaczynacie myśleć o przysłowiowych niebieskich migdałach, idziecie w złą stronę – pora zrobić sobie przerwę. Dobra, ale kiedy te przerwy?

Moją ulubioną techniką zarządzania czasem w nauce jest technika Pomodoro – albo, w moim przypadku, nieco zmodyfikowane Pomodoro. Ale po kolei.

Technika Pomodoro zakłada, że skupiamy się nad danym zajęciem przez 25 minut, a później robimy sobie 5-minutową przerwę. Po czterech blokach można zrobić dłuższą przerwę. Do mierzenia czasu można użyć minutnika albo specjalnej darmowej aplikacji – jest ich mnóstwo.

Zmodyfikowane Pomodoro to po prostu ustalenie dłuższych lub krótszych okresów pracy nad danym zadaniem. Dla mnie 25-minutowa sesja nauki jest za krótka. Wolę np. 45 minut, choć nie twierdzę, że mając do dyspozycji 25, nie uda mi się nic zrobić – po prostu przyjemniej mi się pracuje z dłuższymi blokami czasowymi.
Jak zorientować się, że długość bloku czasowego jest dla Was odpowiednia? To proste: jeśli zaczynacie myśleć o wszystkim, tylko nie o nauce, to znaczy, że jest on za długi. Jeżeli natomiast po danym okresie czasu czujecie, jakby ktoś na siłę wyrywał Was ze skupienia, sesję trzeba przedłużyć. Proste? Proste. Ufajcie swojemu organizmowi, on daje wyraźne sygnały. To, że Kasia uczy się dłużej, nie znaczy, że Wy też musicie. To, że Jacek uczy się pół dnia bez przerwy i jest z tego zadowolony, nie znaczy, że u Was też się to sprawdzi.


A CO, JEŚLI W CIĄGU DNIA MAM TYLKO PÓŁ GODZINY NA NAUKĘ?
Czyli językowy dylemat pt. „nie wiem, w co mam ręce włożyć”. Podpowiedź: w to, co akurat jest Waszym językowym priorytetem. Wiedząc, że macie do dyspozycji bardzo ograniczoną ilość czasu, postarajcie się wybrać jedno małe zadanie, którego realizacja jest wykonalna w tym czasie. Nie złośćcie się na siebie, że „ojej, znowu prawie nic nie zrobiłem/am”, „chciałabym/chciałbym mieć cały dzień” – najczęściej tak jest, że tego całego dnia NIE MA. Po prostu. Jest praca, dom, dzieci, studia, inne obowiązki, kwestie zdrowotne i pierdylion innych spraw, które powodują, że znalezienie całego dnia na naukę najczęściej jest po prostu niemożliwe. Tak, można chcieć uczyć się przez cały dzień – jeśli nauka sprawia Wam prawdziwą przyjemność 🙂

A CO, JEŚLI JESTEM CHORY/ZMĘCZONY/MAM GORSZY DZIEŃ?

Każdy miewa gorsze dni, spadki formy spowodowane różnymi rzeczami. Mówi się trudno i żyje się dalej. Jeśli w danym dniu nie macie czasu lub siły na naukę, nie zmuszajcie się do ślęczenia nad książkami, bo wyjdzie z tego nie nauka, a właśnie ślęczenie. Całkowicie bezproduktywne. Strata czasu.

W takim dniu można obejrzeć film lub odcinek serialu w języku obcym, przeczytać artykuł w gazecie lub na blogu obcojęzycznym, albo fragment książki. Albo nie zrobić nic. Świat się nie zawali.

Nie dajcie się złapać w pułapkę perfekcjonizmu. Jeśli tego konkretnego, sądnego dnia nie dacie rady usiąść do nauki, nie wyrzucajcie sobie:

  • „Zapisałam/em się na ten kurs, a teraz się nie uczę” – pouczycie się innego dnia, pierwszy krok już za Wami
  • „Mam tyle materiałów, i leżą już tydzień” – może muszą poleżeć, bo pewnie pojawiło się coś, co jest w tym momencie ważniejsze
  • „Znajomi będą się mówić, że jestem niesystematyczny/a” – tutaj przytoczę powiedzonko, którym ktoś skutecznie oduczył mnie w dzieciństwie myślenia o tym, co uważają inni na temat moich poczynań: „Mamo, bo kura się patrzy, a kogut się śmieje!” – I co z tego? Naprawdę zależy Wam na tym, jak ktoś skomentuje to, co robicie, albo czego nie robicie?

Czy tego chcemy czy nie, zarządzanie czasem w nauce języków opiera się na elastyczności. Nauczcie się rozpoznawać pory dnia, w których jesteście najbardziej efektywni, i postarajcie się wpleść w nie chociażby krótkie sesje nauki. Opłaci się. Bez bicia głową o ścianę. Za to z przyjemnością.

Jakie są Wasze metody na zarządzanie czasem w nauce języków obcych?

 

Podziel się!

Jak planować naukę w tygodniu?

Wiele osób zadaje mi pytania o to, jak planować naukę w tygodniu i czy warto uczyć się kilku języków jednego dnia – zatem dziś kilka słów na ten temat.

JASNE, ŻE WARTO
Oczywiście, że warto uczyć się kilku języków jednego dnia – pod warunkiem, że wygospodarujecie na to czas. Ale o tym w przyszłym tygodniu, dziś natomiast skupiamy się na kwestii planowania nauki na tydzień.
Nie wierzcie, jeśli ktoś mówi Wam, że nauka dwóch i więcej języków dziennie jest nieefektywna. Nieprawda. Nawet, jeśli chodzi o języki, które są ze sobą spokrewnione. Trzeba tylko wiedzieć, jak. Dziś dzielę się z Wami moim sposobem, i zachęcam Was do modyfikowania go według Waszych potrzeb.


NIE WSZYSTKO NARAZ
Jeśli chcecie uczyć się więcej niż jednego języka dziennie, proponuję Wam znane i (generalnie) lubiane bloki czasowe. Na każdy język przypada jeden blok czasowy.

Jeżeli natomiast macie w planach naukę języków blisko spokrewnionych ze sobą (hiszpański i włoski, słowacki i czeski, etc.), zastanówcie się nad tym, by jednego języka uczyć się w pierwszej połowie dnia, a drugiego w drugiej. Szczególnie, jeśli Wasz poziom zaawansowania w przypadku obydwu języków jest niski. Unikniecie „mieszania” i zastanawiania się „czy to słówko pisze się tak, a może to było po hiszpańsku…”.

Jeśli uczycie się większej ilości języków, ułóżcie je blokami co drugi dzień, np. poniedziałek-środa-piątek-niedziela angielski, szwedzki i hiszpański, a wtorek-czwartek-sobota niemiecki i francuski. Dla przykładu.

WYGODA
Z doświadczenia wiem, że języki, które znam słabiej, lub które sprawiają mi większą trudność, przyswajam w porze dnia, która jest dla mnie najbardziej optymalna pod względem uczenia się.  Planujcie rozsądnie.

BĄDŹMY REALISTAMI
Przy ustalaniu tygodniowego planu nauki trzeba wziąć pod uwagę, że być może znajdą się dni, w których nie mamy czasu na „typową naukę” czyli przyswajanie nowych treści. Zdarza się. Nie bijemy wtedy głową w ścianę. Na takie dni nie planujemy nauki. Co zatem robić w takie dni? Opowiem Wam o tym w przyszłym tygodniu przy okazji postu o organizacji czasu.


PAPIER I DŁUGOPIS
Jestem zwolenniczką robienia notatek w wersji analogowej 😉 czyli na papierze. Mam planner, który skrupulatnie wypełniam, koloruję, wklejam itp. Dlatego nie usłyszycie ode mnie, że tygodniowy plan nauki polecam trzymać w notatniku w telefonie. Jeśli w Waszym przypadku zdaje to egzamin, to świetnie. Ludziom analogowym natomiast polecam wygospodarowanie w Waszych kalendarzach/plannerach/bujo rubryczki dotyczącej języków i wpisanie ich skrótowo na każdy dzień. Zmieści się, uwierzcie mi!
Taki plan możecie też powiesić nad biurkiem/na lodówce/gdzieś, gdzie często spoglądacie. Możecie też zacząć prowadzić planner lub dziennik językowy – ale o tym innym razem 🙂

Podziel się!

Który język wybrać? Od czego zacząć?

Dzień dobry poniedziałkowo! 🙂

Dzisiaj kilka rad, jak wybrać język do nauki, by tego wyboru nie żałować (i z rozpędu nie kupić pierdyliarda materiałów, które będą leżeć i się kurzyć), i, jak wskazuje tytuł – od czego zacząć. Jedziemy!

ENE, DUE, RIKE, FAKE,…

Wybór języków jest ogromny. ALE. Najlepiej jest nie wybierać na zasadzie „W sumie okej, może ten”. To żadna motywacja. Warto się porządnie zastanowić, dlatego też dzisiaj dzielę się z Wami moją podstawową zasadą wyboru języka.
Proszę Państwa, teraz będzie kotek!
Dlaczego kotek?

Ponieważ moja metoda zakłada, że język musi być MIAU:
Miły dla ucha
Interesujący
Atrakcyjny towarzysko
Użyteczny.

Teraz po kolei:

MIŁY DLA UCHA
Generalnie wolimy słuchać przyjemnych dźwięków, a unikamy tych niemiłych. Jeśli nie podoba Wam się dźwięk jakiegoś instrumentu, raczej nie zaczniecie uczyć się na nim grać, prawda? Melodia języka jest niezwykle ważna. Chętniej uczymy się czegoś, co po prostu nam się podoba. Zatem zanim sięgniecie po materiały do nauki, posłuchajcie wypowiedzi rodzimych użytkowników języka, by sprawdzić, czy rzeczywiście to Wam w duszy gra.

INTERESUJĄCY
Każdy język ma w sobie coś, co dla kogoś będzie fascynujące. Nie to samo dla wszystkich oczywiście. „To coś” może być słowami, które Wam się podobają, zabawnym idiomem, albo ciekawą konstrukcją gramatyczną. Być może jest to niecodzienny alfabet. A może gramatyka wydaje Wam się tak prosta, że samo w sobie jest ona zachętą do nauki. Język musi budzić zainteresowanie, inaczej nauka staje się przykrym obowiązkiem, a nie o to przecież chodzi.

ATRAKCYJNY TOWARZYSKO
Już tłumaczę. Nie chodzi o bywanie na salonach i zjednywanie łaskawości socjety 😉 Ani też o szpanowanie znajomością języka, który wydaje się być bardzo egzotyczny, albo tak rzadko używany, że znajomi po usłyszeniu nazwy myślą, że chodzi o jakiś instrument albo zwierzątko.
Chodzi o to, że język ma za zadanie zbliżać ludzi. Czyli jeśli macie wśród znajomych osoby posługujące się nim, być może będzie Wam łatwiej znaleźć motywację do nauki. A może po jakimś czasie pouczycie się wspólnie? Jeśli nie, zawsze jest jeszcze inna kwestia: poprzez znajomość języka można poznać mnóstwo nowych, świetnych ludzi.

UŻYTECZNY
Jeśli uczyć się języka, to po to, żeby się do czegoś przydał. Czyli musi być cel. Poszerzenie grona znajomych, poznawanie kultury danego kraju w jego języku, ćwiczenie pamięci czy znalezienie lepszej pracy to tylko kilka z wielu zastosowań, jakie możecie znaleźć.

Języka nie uczymy się, bo ktoś nam każe. Bo ktoś inny to robi. Bo musimy.
Języka uczymy się, bo chcemy. A chcieć to móc.

Być może zastanawiacie się, dlaczego nie ujęłam tak popularnego kryterium pokrewieństwa języków. Nie, nie dlatego, że to zepsułoby MIAU 😉 Po prostu nie uważam, że to kryterium jest szczególnie ważne – z prostej przyczyny: dla jednych pokrewieństwo między językami jest ułatwieniem, a dla innych utrudnieniem.

Od czego zacząć?


Na powyższym obrazku widzimy pana trzymającego stos książek. Wyobraźcie sobie, że ten facet właśnie zdecydował się uczyć języka obcego, natychmiast poleciał do księgarni, wykupił połowę regału i właśnie nadweręża sobie kręgosłup, zastanawiając się, gdzie on upchnie te książki. GDZIE JE UPCHNIE, A NIE JAK JE WYKORZYSTA.

Na początku samodzielnej nauki nie są potrzebne tony podręczników. Często słyszę pytanie, jakich rzeczywiście dobrze jest używać na samym początku nauki.

Mój sprawdzony zestaw to cztery elementy:

  1. Podręcznik podstawowy dla samouków.
  2. Podręcznik do gramatyki.
  3. Podręcznik do słownictwa.
  4. Słownik.

    Ewentualnie możecie dodać testy leksykalno-gramatyczne, jeśli istnieją dla wybranego przez Was języka.

    I TYLE. 

Nie dziesięć podręczników, w tym takie, do których nie ma sensu zaglądać przed osiągnięciem poziomu B1 lub B2. Dlaczego? Bo to demotywuje, widzieć przed sobą taką furę materiału – chyba, że jesteście zaprawieni w bojach, i działa to na Was motywująco.
I wreszcie, na początku zwyczajnie szkoda wydawać pieniędzy na coś, czego nie użyjecie przez najbliższe pół roku lub dłużej. Albo jeszcze gorzej – okaże się, że nie chcecie się dalej uczyć, i zostaniecie z pięknym zestawem nietkniętych podręczników.

Nie wystarczy jeden podręcznik, bo od razu okaże się, że jest „coś z gramatyki”, czego nie rozumiecie, albo co chcielibyście poćwiczyć, a podręczniki podstawowe mają to do siebie, że raczej nie rozwijają zanadto zagadnień gramatycznych.
Nie wystarczą dwa podręczniki, ponieważ szybko przekonacie się, że „przydałoby się więcej słówek”.

Zaczynamy od rozsądnego minimum – a potem możemy biec do księgarni po więcej 🙂

 

Podziel się!

5 powodów, by uczyć się samodzielnie

Prawdopodobnie nieraz przeszła Wam przez myśl samodzielna nauka języków. Słyszeliście na pewno o znanych poliglotach, którzy wręcz nią żyli – lub o współczesnych poliglotach, superpoliglotach i hiperpoliglotach.

I tu pojawia się pytanie: Dlaczego ludzie decydują się wsadzić nos w książki, nagrania i filmy (dla przykładu), zamiast uczyć się na kursach?

Dziś przedstawiam Wam pięć powodów – a na początek kubek z celowo okaleczonym idiomem 🙂


A zatem, dlaczego?

BO TAK LUBIĄ

Wbrew pozorom, samodzielna nauka języków nie boli, nie gryzie, i nie szkodzi. Przed użyciem nie trzeba zapoznać się z ulotką dołączoną do opakowania, a lekarz (a szczególnie neurolog) potwierdzi tylko, że ma ona dobry wpływ na mózg.
Są tacy, którzy uwielbiają poznawać język obcy na własną rękę. Sprawia im to przyjemność. Tak, dokładnie tak: robią sobie kawę, odpakowują kupione materiały (przy okazji zaciągając się zapachem świeżego druku), albo odpalają tablet/telefon, łapią notes i długopis i znikają dla świata. Na chwilę. Na kwadrans. Na godzinkę. Albo na cały dzień.

BO KASA

„Dobra, dobra, ale materiały są drogie”. Jasne, że są. Ale kurs w szkole językowej jest jeszcze droższy.

Nie chcę tutaj absolutnie podkopywać idei szkół językowych, bo a) wiem, że w wielu przypadkach taka forma nauki zdaje egzamin, b) sama pracowałam w szkołach językowych, a do tego przed maturą miałam pomoc w przygotowaniu w postaci lekcji, i się to sprawdziło. Dlaczego się sprawdziło, o tym kiedy indziej.

Dla przykładu, zestaw podręczników i pomocy do nauki hiszpańskiego, który doprowadził mnie do poziomu B2, kosztował mnie bodajże 600zł. Widać różnicę? Pamiętajmy jednak, że dla każdego funkcjonuje coś innego, i osoby, w przypadku których samodzielna nauka nie do końca się sprawdza (istnieją tacy, ale i tak mniej, niż Wam się wydaje – o tym też kiedy indziej), zwyczajnie utopiłyby pieniądze w podręcznikach, do których zajrzałyby trzy w porywach do czterech razy. Natomiast tacy, którym samodzielna nauka przynosi efekty, mogą w ten sposób oszczędzić znaczne kwoty – szczególnie, jeśli uczą się kilku języków naraz.

BO CZAS

Nie, nie zamierzam dziś grzebać w temacie „Jak znaleźć czas na samodzielną naukę”. To nie dzisiaj. Dzisiaj chcę zwrócić Waszą uwagę na fakt, że samodzielna nauka jest, jak sama nazwa wskazuje, samodzielna – czyli człowiek, który się na nią decyduje, decyduje również, kiedy się uczy. Jak nie może o 16:00 we wtorek, to być może uda się o 9:00 w czwartek. Łatwiej to pogodzić z pracą i obowiązkami rodzinnymi.
I nie trzeba dojeżdżać na lekcje. Z obserwacji wiem, że ten argument trafi raczej do tych, którym dojazd do centrum miasta zajmuje więcej niż pół godziny. Pozostali mogą prychać 🙂

BO WYZWANIE

I nie chodzi bynajmniej o postanowienia noworoczne ani o zakład ze znajomymi. Chodzi o sprawdzenie własnych możliwości i zaangażowania. Dla niektórych samodzielna nauka na początku może być etapem służącym sprawdzeniu czy rzeczywiście powinni zapisać się na kurs. Dla innych będzie to motorek do działania (oby nie jedyny), dzięki któremu wytrwają w postanowieniu. A czasem jest ciężko zabrać się do nauki, i wtedy taki motorek się przydaje. Zgadnijcie: o tym też kiedy indziej.

BO SAMEMU TO TAK FAJNIE

Nie ukrywam, że samodzielne opanowanie języka obcego daje satysfakcję. Tak po prostu, pomyśleć sobie „Kurczę, da się, mogę się dogadać!” A potem chce się więcej i więcej.

Jaki jeszcze powód dodalibyście do tej listy? Dlaczego ludzie decydują się na samodzielną naukę?
A może Wy się zdecydowaliście?

<a href=”https://www.bloglovin.com/blog/19047165/?claim=74qqedztsen”>Follow my blog with Bloglovin</a>

Podziel się!

Językowe bio, czyli dlaczego jeszcze nie znam Swahili

Dzisiaj opowiem Wam, jak tam u mnie z językami obcymi.

ANGIELSKI
W zakładce „KIM JESTEM?” stoi jak byk, że anglistką, więc nad tym nie będę się rozpisywać – a przynajmniej nie w tej chwili 😉 W każdym razie, dalej pozostaje moim językowym priorytetem – rozwijanie specjalistycznego słownictwa to dla mnie wielka przyjemność – a przy tym można dowiedzieć się naprawdę wielu ciekawych rzeczy 🙂

HISZPAŃSKI
W czasie studiów licencjackich zaczęłam uczyć się hiszpańskiego z materiałów dla samouków. Zainteresowanie i samozaparcie doprowadziło do tego, że w dziewięć miesięcy weszłam na poziom B2. Później była kilkuletnia przerwa – niestety, do nauki wracałam rzadziej, ze względu na to, że jeszcze wtedy niewiele wiedziałam o właściwej organizacji czasu. Staram się rozmawiać po hiszpańsku, czytać, i powtarzać notatki. Despacito… 😉
Czasem przerobię partię nowego materiału, ale nie ukrywam, że hiszpański w tym momencie nie jest moim językowym priorytetem.

NIEMIECKI
Uczyłam się go przez dwa lata w szkole, niewiele pamiętam, od niedawna samodzielnie odświeżam. Podczas tegorocznego wyjazdu nad morze udało nam się chwilkę pobyć w Niemczech. Dałam radę! Porozumiałam się na podstawowym poziomie, w tym zamówiłam kawę i obiad po niemiecku, i jestem z siebie bardzo dumna 🙂 Przygotowania językowe do wyjazdu opiszę w jednym z kolejnych postów.

WŁOSKI
To jest teraz jeden z moich językowych priorytetów. W kwietniu ubiegłego roku w trzy tygodnie wskoczyłam na poziom komunikacyjny, a w chwili obecnej staram się ugruntować poziom B2. Mój, bardzo mój.

FRANCUSKI
I tu zaczynają się schody. Bo francuski to przepiękny język, którym kiedyś posługiwałam się na poziomie komunikacyjnym, ale… No właśnie, ale mi zardzewiał. Być może w przyszłości go odświeżę 🙂

DOBRA, ALE GDZIE TO SWAHILI?
Swahili jest jednym z tych magicznych języków, które raz zasłyszane, zostają mi w głowie i czekają na swoją kolej. Uczyłam się go przez dwa tygodnie podczas wakacji po maturze, pamiętam podstawowe wyrażenia i oczywiście wymowę – i nie mogę się doczekać, aż się go nauczę.

W międzyczasie przez moją głowę i półkę z książkami przewinął się też między innymi rosyjski, portugalski i norweski. Muszą cierpliwie czekać, nie ma innego wyjścia 🙂
W tym momencie próbuję od nowa skleić moją językową wishlistę – pojawi się tutaj na pewno.

Uczyliście się/znacie któreś z „moich” języków? 

Podziel się!